niedziela, 27 września 2015

Jesienne DIY 2015

Witam serdecznie na tym niewielkim skrawku internetu, który należy do mnie.

Już wcześniej pisałam, że szczególnie jesienią lubię przenieść dwór do mojego domu, szczególnie pokoju. Uwielbiam ten klimat i chcę go w każdy możliwy sposób celebrować, dlatego dzisiaj przedstawię Wam sposób, w jaki zrobiłam ten oto jesienny wieniec, widziałam coś podobnego w kwiaciarni, ale stwierdziłam, że wolę zrobić to sama.Są różni ludzie, ale mi z reguły coś, co zrobiłam sama sprawia więcej radości niż gotowiec. 


Wypadałoby zacząć od tego, co potrzebujemy do wykonania tejże ozdóbki, prawda? Bo niestety z powietrza nie wyczarujemy nic, nawet ja tego nie potrafię, jak bardzo bym nie chciała wierzyć w to, że mam magiczne zdolności. List z Hogwartu już nigdy do mnie nie dotrze. 



Nie ma tu jakiś cudów. Potrzebujemy biały pleciony wieniec, który kupiłam w sklepie, który nosi nazwę ,,Wszystko po 4 złoty", ale absolutnie NIC nie jest w nim po 4 złoty, jakieś sztuczne liście, to też nie majątek. Owoce dzikiej róży znalazłam u siebie w ogródku, nożyczki, jakaś nitka i oczywiście jakiekolwiek ozdoby by Wam się spodobały, wpadły w oko, leżały gdzieś nieużywane, nie ograniczam Waszej kreatywności w żaden sposób.




Co do wykonania, to nie jest one jakieś skomplikowane. Nasz wieniec jest pleciony, więc bierzemy gałązki, liście, cokolwiek mamy i przywiązujemy do ,,gałązek" naszego wieńca nitką. Można by to też oczywiście przykleić, ale wtedy nie wykorzystalibyśmy tego białego cudeńka już do niczego innego, a nitki łatwo i prosto możemy unicestwić narzędziem zwanym nożyczkami. Układamy wszystko tak, jak nam się podoba i co ja będę więcej mówić, nasz wieniec będzie gotowy.




Tutaj kilka miejsc, w których go widziałam, chociaż ostatecznie wylądował on na drzwiach wejściowych. Tym samym kończę ten post, który nie jest jakoś poważny w treści, nie zmienia świata, nie sprawia, że staję się lepszym człowiekiem, ale może był dla kogoś pomocny, może pokazał coś oczywistego, co może wykorzystać, a na co by nie wpadł, a może ... po prostu jest.


                                                                               Do następnego!
                                                                                          Wasza
                                                                                                          Karmelowa Blondynka

środa, 16 września 2015

Wnieść jesień do swojego pokoju

Witajcie!

Już rok temu rozwodziłam się o tym, dlaczego tak bardzo lubię jesień. Jakoś tak wyszło, że jestem wrażliwa na wszelkie jej uroki- mgły, chłody, kolory, zapachy i smaki( ale hej, chyba każdy lubi jabłecznik z cynamonem). Mało tego, są pewne piosenki, które nieodzownie kojarzą mi się z tą porą. Tu chyba chodzi o ten cały specyficzny klimat, tą atmosferę. Mgły zmieszane z dymem po paleniu liści, ostatnimi tchnieniami ziemi. Szarość i zwiędłe kolory traw i gruntu kontrastujące z barwną gamą liści, dyniami, słonecznikami i innymi plonami tej pory. Chłód w opozycji do ciepła domowego, koca, dobrej książki i herbaty z cynamonem. Deszcz i ostatnie, już śpiące promienie słońca, które nie parzą, nie grzeją, a jedynie delikatnie głaskają policzka. Mogłabym tak długo wymieniać.
Tak samo dobrze wiem, że wiele osób tej pory roku nie cierpi. W końcu lepiej cierpieć żałobę za latem, upałami i komarami, niż cieszyć się czymś, co mamy. Ale różnorodność ma to do siebie, że nie każdy musi fascynować się tym, co ja. Jeśli należysz do alergików jesieni, to przecież nic Ciebie nie trzyma tutaj, oprócz szybko za sobą podążających ciągów liter. 

Co rozumiem poprzez wniesienie jesieni do mojego pokoju? Najprościej sprawienie, że ten wyjątkowy klimat stanie się udziałem miejsca, w którym spędzam najwięcej czasu- śpię, uczę się, pracuję. Mam swoje wytyczone miejsca(moja mama lubi nazywać je moimi ołtarzykami), które zmieniają się odpowiednio do pory roku. Trochę jak taki kalendarz wyznaczają rytm roku. W szczególności mój kapelusz DIY, który zawsze zmienia swoje oblicza. Dynie, kwiaty lawendy, świeczki, szyszki i wszechobecne liście sprawiają, że mam wrażenie, że wniosłam dwór do środka. A koce i poduszki nadają ciepło, kiedy na zewnątrz wrzyna się chłód.

W sumie tyle mam do przekazania lub pokazania. Pewnie, nie zmienię tym świata, ale czasami mam wrażenie, że powinnam się cieszyć każdą beztroską chwilą, bo nie wiem, ile będzie mi takich jeszcze danych.












                                  Tym samym dziękuję Wam bardzo za odwiedziny!
                                                                                                 Do następnego!
                                                                                                           

                                                                                       Wasza
                                                                                                    Karmelowa Blondynka

poniedziałek, 7 września 2015

Co myślałam idąc na studia

Witam po nieobecności na tyle długiej, że wzbudziła we mnie znów wyrzuty sumienia.

Jestem całkiem pewna, że wszyscy już doskonale zauważyli, że nadszedł wrzesień, upały minęły (nareszcie!), zrobiło się chłodniej (w końcu! ) i nadeszły deszcze (rolnicy będą chwalić za to niebiosa). Dość duża część naszego społeczeństwa ruszyła hurtem do szkół. Nawet nie będę próbowała skłamać, że z uśmiechem na twarzy. Ja jednak należę do tej grupy, która ma jeszcze miesiąc wakacji i to po raz drugi w swoim nie za długim życiu. Po co to wszystko piszę? A bo spróbuję skonfrontować to, co myślałam rok temu, z tym, co wiem teraz.

Idąc pierwszy raz na studia kłębią nam się w głowie różne myśli, obawy i nadzieje. Szczególnie gdy pierwszy raz wybieramy się do większego miasta- do podstawówki i gimnazjum chodziłam w niewielkiej wiosce, moje liceum było w niewielkim mieście ( i całkiem mi to odpowiadało, bo w takich miejscach czuję się najlepiej). Miasto, do którego się wybierałam, też nie było jakieś specjalnie wielkie, ale jak na to, co lubię, o wiele za duże.

1. Wszyscy będą o wiele doroślejsi, dojrzalsi niż w liceum. Ba... będą na mnie spoglądać jak na małego, bezbronnego, głupiutkiego kurczaczka. A oni... cóż, będą sprytnymi i chytrymi lisami.



Skwituję tą moją obawę jednym głośnym - hahaha... Nie ma takiej linii, poprzeczki, którą przestąpisz i automatycznie staniesz się dorosłym, dojrzałym człowiekiem. Jest to proces, który zajmuje lata. Większość osób, które spotkałam na uczelni pierwszego dnia, miało tak same przestraszone miny jak ja. Pierwszy rok jeszcze długo wyróżniał się szeroko otwartymi oczami pełnymi wątpliwości. Jedni dostosowali się szybciej, inni( czytaj ja) później.

2. Spotkam wiele przeróżnych osób i charakterów. Innych, wyróżniających się.

Tak, dokładnie tak. Może, jeśli ktoś mieszkał w wielkim mieście, to na co dzień spotykał wiele różnych osobowości, ale jeśli mieszkasz w niewielkiej wiosce, ba, dalej mieszkam, na uczelnię dojeżdżam- to może przeżyć niewielki, ale miły szok. Spotkałam ludzi o bardzo różnorodnej gamie poglądów, mogłam dyskutować na wszelkie różne tematy i zawsze znalazł się ktoś przeciwny temu, co ja uznawałam za słuszne- i bardzo dobrze! Poczułam się nieco jak w jednym z tych amerykańskich filmów, gdzie wchodzisz na korytarz i z jednej strony podchodzi grupa modniś, z drugiej widzisz tych zafascynowanych grami komputerowymi, jednego szalonego fana mangi z palcami jakby stworzonymi do malowania, parę osób ubranych na czarno, ale na pewno nie wybierających się na pogrzeb i przekonasz się, że to są wszyscy na prawdę fajni ludzie i gdzieś spośród nich zbierze się twoja paczka, która będzie pasować do Ciebie.

3. Zgubię się, na pewno, absolutnie się zgubię, nie ma szans, żebym trafiła z dworca na uczelnię. Będę błądziła po mieście aż do wieczora i ani pies z kulawą nogą mi nie pomoże trafić z powrotem.

chyba gdzieś tu jestem


Jeszcze zanim poszłam na dzień adaptacyjny wybrałam się i pochodziłam z przyjaciółką, która ma GPS w głowie, po mieście. Dalej kompletnie się nie orientowałam. Z listy osób przyjętych na studia wybrałam kilka sympatycznie brzmiących imion i nazwisk i pisałam, pierwszego dnia razem z nimi chodziłam na uczelnię i na dworzec. Dalej kompletnie się nie orientowałam, więc sporządziłam sobie mapę, z wszystkimi zakrętami i nazwami ulic, które muszę minąć. Używałam tej mapy przez półtora miesiąca. Teraz znam już chyba wszystkie możliwe skróty i bez namysłu trafię na moją uczelnię. Ale nie posyłaj mnie nigdzie dalej, bo jak Boga kocham, zgubię się.







4. Wszyscy mówią, że studenci tak imprezują i piją i nie chcę myśleć co jeszcze. Wszyscy mi mówią, że teraz nauczę się pić, palić, wszystkiego.

Głupoty. Studia nie mają nic wspólnego z tym, w jaki sposób spędzasz czas wolny czy noce. Mój tryb imprezowania nie zmienił się ani trochę. Nadal nie palę i na widok papierosów łapie mnie jakiś wstręt. Wypijam dokładnie tyle, co kiedyś i z taką samą częstotliwością i cóż, nie jest to jakaś imponująca suma. Pewnie, znam osoby, które mają szalone nocne życie, mogą wlewać w siebie całe beczkowozy napoju bogów i następnego dnia przychodzić na zajęcia z błogim wyrazem twarzy kaca, ale jestem przekonana, że żyłyby tak, czy by poszły na studia czy nie i na pewno nie rozpoczęły przygody z momentem przybycia na studia.

5. Sale będą duże. Olbrzymie, jeśli podczas wykładu zaburczy mi w brzuchu to od tablicy po tylną ścianę pójdzie echo. Będziemy na pewno siedzieć rzędami, od góry do dołu, a na dole, niczym w starożytnym amfiteatrze, będzie stał wykładowca.

Budynek, w którym mam większość zajęć jest ładny- mamy nawet windę, z której nie korzystam, bo się boję, że pode mną się zarwie, chociaż ważę tyle, co dobrze napakowany worek kartofli i czasami mam wrażenie, że moja torba z książkami jest cięższa ode mnie. A zajęcia mamy dosłownie w klasach. Mówimy na nie sale, ale wyglądają dokładne tak samo jak klasy w liceum. Moja grupa jest niewielka, liczymy 9 osób i jesteśmy bardzo zgrani. Na roku jest nas 40, jesteśmy już mniej zgrani. A jeśli na zajęciach zaburczy mi w brzuchu, to znak, że po zajęciach idziemy na stację po hot-doga.

6. Będę się uczyć po nocach, płakać, błagać, a sesja zeżre mnie jak głodny piesek dobrą kiełbaskę śląską.


Jakby to powiedzieć... Bardzo lubię swój kierunek studiów, tak bardzo, że rzadko się to zdarza i z skupieniem słucham, gdy inni modlą się, by w końcu minęło te półtora godziny. Jestem w tym dobra, owszem, uczę się godzinami, ale ani razu nie zarwałam nocki z powodu nauki, a przez sesję przebrnęłam gładko, bez poślizgów, zawsze z sali egzaminacyjnej wychodząc z szerokim uśmiechem. I nie kłamię, przyrzekam. Po prostu wybrałam coś, co uwielbiam. A czy to było dobrym wyborem, to się okażę za parę lat.

7. Schudnę, bo przecież zmęczeni studenci zawsze chudną( a ja wcale nie chcę chudnąć, bo i tak jestem na tyle drobna, żeby niektórym ludziom, którzy mnie widzą, otwierały się w torbie paczki z śniadaniem).

Tak bardzo bałam się, że schudnę, że przytyłam. Ale wcale nie żądam współczucia, było to dla mnie spełnieniem pewnego celu. Ja mam to szczęście, że śniadania i kolacje jem w domu, obiady też. Ale znam dziewczyny na studiach, które mieszkają w akademikach i też głodu nie cierpią.



Wypisując to wszystko, poczułam się trochę jakbym spisała coś w rodzaju pamiętnika i, jeju, zatęskniłam już za studiami i to bardzo. Czytając to, pamiętajcie, że to są moje doświadczenia na mojej uczelni, co może się różnić w każdym mieście dla każdego pojedynczego studenta. Ale wiecie, chodziło mi o to, że panuje wiele stereotypów, jakiś głęboko utwardzonych opinii, które niekoniecznie i nie zawsze muszą odpowiadać rzeczywistości.


Tym akcentem kończę ten post i pozdrawiam już takim jesiennym akcentem.

                    

                                                                             
                                                                                       Wasza  
                                                                                                       Karmelowa Blondynka