poniedziałek, 5 grudnia 2016

Kolorowe jarmarki

Uwielbiam, po prostu uwielbiam ten świąteczny czas, uwielbiam tą atmosferę w powietrzu, gdy każdy czeka na jakiś cud, na coś wyjątkowego. Uwielbiam te świetliki w dziecięcych oczach, gdy spoglądają na migające światełka, kolorowe ozdoby, gdy ich serduszko bije mocno i szybko, bo czuje otaczającą je magię. Uwielbiam te uczucie radości, które wyraża się w drobnym uśmiechu, w uścisku dłoni, czasami tylko lśnieniem oczu.




Uwielbiam te poczucie mrozu, które szczypie w nos, te ciepło odczuwane w sercu, które ogrzewa cały organizm i walczy z chłodem poza nim. Uwielbiam te melodie, które niosą się ponad gwarem ludzi spacerujących wokoło, to, jak miesza się z ich głosami, jakby stanowiła z nimi całość. Melodie, które budzą w nas wspomnienia z dzieciństwa, okresu błogości i szczęścia. Uwielbiam mieszaninę zapachów przeróżnych napojów i smakołyków, która unosi się w powietrzu. Tą nutkę cynamonu, goździka, grzanego wina, pierników, zapachy słodkie, korzenne, ale także wytrawne. 




Uwielbiam spacerować, trzymać Cię za rękę, nieświadomie dzielić się z Tobą tą radością, która budzi się w moim sercu. Uwielbiam podnosić głowę, bo coś mnie zachwyciło, zapominać, że mam już 21 lat i pozwalać tym świetlikom budzić się znowu w moich oczach, tak, jak wtedy. Uwielbiam w ten wyjątkowy, świąteczny czas, odkrywać w sobie na nowo dziecko, które najbardziej cieszy się z tego, że miłość w tym okresie jest tak bardzo namacalna, dotykalna, rzeczywista.



Jeśli ktoś się dziwi, zdjęcia są z tegorocznego Jarmarku Bożonarodzeniowego w Wrocławiu. Byłam zachwycona, dalej jestem. Myślę, że żeby poczuć całą magię tego miejsca, trzeba się tam udać i przekonać samemu.

                                                                                                 Do następnego!

                                                                                                         Wasza

                                                                                                                      Karmelowa Blondynka

wtorek, 29 listopada 2016

Bałtycki czar

Witajcie na tym niewielkim skrawku internetu, który należy do mnie. 

Grudzień to pod wieloma względami miesiąc wyjątkowy. Poczynając na zbliżających się świętach i całej ich magicznej otoczce, zahaczając o zimę, którą kocham całym sercem, kończąc na tym, że grudzień jest tak jakby ostatnim aktem przedstawienia, które zwie się rokiem. To czas, w którym minione 12 miesięcy powraca do mnie epizodami, jak takie migawki, klatki filmowe, wyjątkowe chwile zlewają się w mozaikę, a ja na końcu kosztuję upieczone ciasto i próbuję podjąć decyzję, czy jest one dobre, czy może jednak niekoniecznie odpowiada moim kubkom smakowym. Niektóre wspomnienia posiadają aromat, który wyczuwam długo po ich zakosztowaniu, niektóre są słodkie, maja zapach miłości, inne pikantne, uwodzą w dalekie krainy, inne są słone, jak morze. 





Morze jest słone od potu rybaków i łez wdów po nich płaczących. 


Taki napis przeczytałam na jednym z pomników, które mijałam podczas urlopu w sierpniu. Wyleciało mi z głowy miasto, w którym pomnik stał, jak ten pomnik tak właściwie wyglądał, ale te kilka słów zakotwiczyło się w mojej głowie na stałe, nie chcąc jej opuścić pod żadnym pozorem. Otworzyło zupełnie nową perspektywę postrzegania tego bezmiaru wód. Morze, to nie tylko plaża, słońce, gorąc i panowie wołający ,,Gooorąca kukurydzaaa... Zimnee piwo... Lody, lody na patyku". Morze, to niezgłębiona tajemnica, historia, którą co noc opowiada szum fal, którą obserwują księżyc i gwiazdy, a na którą my, ludzie, jesteśmy chyba głusi. Kurcze, jakoś dzisiaj mi leży ten niesamowicie sentymentalny ton. 

Ale bądźmy szczerzy, plaża o 12, w towarzystwie tysiąca ludzi obok, tuż za parawanem, nie jest jakoś specjalnie fascynująca. Co innego o 5 rano o świcie, o zachodzie słońca, albo w nocy, kiedy to już tylko odbicie księżyca kusi w tą odległą głębię. Mam wrażenie, że dopiero w samotności, kiedy myśli są głośniejsze od wypowiadanych słów, można dostrzec to, co  w Bałtyku wyjątkowe. Stojąc tam, pozwalając chłodnemu wiatru uderzać nas w twarz, a falom podmywać nam piach spod nóg, wtedy odczuwamy ten prawdziwy czar, ten urok, a może jednak klątwę, która pochłonęła życie tylu marynarzy. Tą chęć poznania tego, co nieznane. Bo jacy myśmy mali i głupi, gdy patrzymy w niezgłębioną mądrość wód, które od tysiącleci obmywają tą ziemię. Jak łatwo nam się w nim utopić, w tym dosłownym, ale i metaforycznym sensie. Jak łatwo zapomnieć, że jesteśmy żywym człowiekiem, a nie wieczną częścią bezmiaru łez i nie potrafimy dotrzymać taktu w tańcu, który od wieków prowadzi fale to w tę, to w drugą, do rytmu muzyki, którą dyktuje im wiatr. 




Są takie momenty, w których chciałabym znów tam stanąć i rozumieć tak samo, jak wtedy, jak małe są moje problemy, jak mała jestem ja, pozwolić ogromowi przede mną zmniejszyć moje własne ja, przytemperować ego, bo w codziennym życiu wiecznie martwię się czy ja to, czy ja tamto, a kim ja tak właściwie jestem? Gdyby mnie ta woda raz pochłonęła, to nie wiadomo, czy kiedykolwiek wypuściłaby mnie znów na powierzchnię ziemi. Zresztą takie wieczne dryfowanie w wodzie, bycie legendą, też ma jakieś kuszące strony i gdybym tak bardzo nie kochała życia, może dłużej roztrząsałabym się nad moją możliwą karierą topielca albo upiornej syrenki. Ale jednak, żywe kolory lepiej pasują mi do twarzy. 





Czasami, wsłuchując się w szum fal, miałam wrażenie, że słyszę śpiew tysiąca dusz, które w tym morzu się zakochały, które spędziły przy nim życie i które w nim te życie zakończyły. Chciałam wiele razy usiąść i o tym napisać, szczególnie będąc tam, ale widocznie musiały minąć miesiące, które pozwoliłyby mi nabrać odpowiedniej perspektywy. Wtedy słowa nie układały się w nic sensownego. Dzisiaj, gdy siedzę przed laptopem z świadomością, że za 6 godzin muszę wstać, by zdążyć na autobus, z pracą licencjacką na karku i płatkami śniegu delikatnie spadającymi na moje okno, dzisiaj słowa ułożyły się w odpowiedni sposób. 


Bałtyk rzucił na mnie urok, urok, którego nie da się już odwrócić. Podczas spaceru nocą wzdłuż plaży ujrzałam spadającą gwiazdkę ( nie bajeruję was teraz, udało mi się być tam w noc spadających gwiazd, coś wprost cudownego). Słyszałam, że życzenia, które w duszy wtedy wypowiadamy się spełniają. Jeśli tak, to na pewno tam znów powrócę.

                                                          Do następnego! 

                                                                                  Wasza
           
                                                                                                Karmelowa Blondynka


poniedziałek, 28 listopada 2016

Zakochana w Tatrach




To dość nietypowe z mojej strony rozpoczynać post zdjęciem, ale w tym wypadku za każdym razem, gdy zbierałam się do napisania czegoś sensownego, w ciągu dziesięciu sekund usuwałam wszystkie nabazgrane literki. Żadnymi słowami nie potrafiłam wyrazić tego, co czułam, gdy robiono mi to zdjęcie. Stwierdzenie, że poczułam się mała, byłoby olbrzymim niedopowiedzeniem. Poczułam się mikroskopijna, tak malusieńka, jak łza, którą uroniłam na tą skałę. A uroniłam tą łzę dosłownie, schodząc z szczytu przy łańcuchach, przezwyciężyłam swój największy strach i uczucia, jakich wtedy doznałam nie mieszczą się w ramowych, a nawet cenzuralnych określeniach strachu, radości, adrenaliny, nie wiem nawet jakich słów mogłabym użyć dalej. Jeśli ktoś nie ma pojęcia, gdzie na tym zdjęciu jestem, to podpowiem. To Giewont, 1894 metry nad poziomem morza, lata świetlne od rzeczywistości, w jakiej żyję na co dzień. W momencie, gdy mój luby bawił się w fotografa, powiedziałam, że opatrzę te zdjęcie opisem ,,bez szpilek na Giewoncie". 






Nie wiem, jak nazwać tą siłę, która emanuje z tych olbrzymich skał. To coś więcej niż piękno, to chyba wieczność, nieśmiertelność, to ta nieprzezwyciężona siła, która pcha człowieka tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. To coś, co pozwala mi uwierzyć w wszelkie stare legendy i mity. Bo te góry na prawdę tak wyglądają, jakby lada chwila mogła Ci przez drogę przejść postać nie z tego świata, momentami zastanawiałam się, czy ja nadal jestem z tego świata. Nie wiem, czy to ta wysokość uderza nam do głowy, czy świadomość, że jesteśmy gdzieś, gdzie nie każdy śmiertelnik postawi w swoim życiu nogę. Uczucia jakby nabierają na sile, może jeśli tlenu w powietrzu wokoło jest mniej, my zapełniamy tą pustkę cząstką siebie?Naszymi emocjami? Kochając, kochałam w tym momencie mocniej, strach potrafił w mgnieniu oka przeobrazić się panikę, radość w niemal euforię, a zmęczenie... cóż, zmęczenie pokazało mi, jak łatwo moje ciało pokonać, ale jak potężna jest siła mojej woli. Na zdjęciu Przełęcz Kondracka, 1723 metrów nad poziomem morza. W życiu nie jadłam smaczniejszej kanapki, kabanoska, a gorąca herbara nie miała tak zbawiennego smaku, jak tam. 




Przestało mnie dziwić, dlaczego wysokość, góry i ta dzika natura tak fascynowała romantyków. Poruszyła ona w mojej duszy pewną nutę, której nie znałam i nawet, jak od powrotu minęły już miesiące, mam wrażenie, że ta nuta jeszcze silniej we mnie rozbrzmiewa. Pozwala mi przywoływać wspomnienia, przeżywać te chwile na nowo. Poczułam się silna, prawdziwa, naturalna, krucha, nierealna i nierzeczywista. Kontrast? A może chuśtawka nastrojów? Raczej przemyślenia. 

Wrócę tam, nie wiem kiedy ale wrócę na pewno, nie raz i nie dwa, obiecałam to sobie i tym skałom. Pokochałam Tatry, tak szczerze, tak namiętnie, tak na zawsze. 




                                                                             
                                                                       Do następnego!

                                                                                           Wasza

                                                                                                    Karmelowa Blondynka

niedziela, 27 września 2015

Jesienne DIY 2015

Witam serdecznie na tym niewielkim skrawku internetu, który należy do mnie.

Już wcześniej pisałam, że szczególnie jesienią lubię przenieść dwór do mojego domu, szczególnie pokoju. Uwielbiam ten klimat i chcę go w każdy możliwy sposób celebrować, dlatego dzisiaj przedstawię Wam sposób, w jaki zrobiłam ten oto jesienny wieniec, widziałam coś podobnego w kwiaciarni, ale stwierdziłam, że wolę zrobić to sama.Są różni ludzie, ale mi z reguły coś, co zrobiłam sama sprawia więcej radości niż gotowiec. 


Wypadałoby zacząć od tego, co potrzebujemy do wykonania tejże ozdóbki, prawda? Bo niestety z powietrza nie wyczarujemy nic, nawet ja tego nie potrafię, jak bardzo bym nie chciała wierzyć w to, że mam magiczne zdolności. List z Hogwartu już nigdy do mnie nie dotrze. 



Nie ma tu jakiś cudów. Potrzebujemy biały pleciony wieniec, który kupiłam w sklepie, który nosi nazwę ,,Wszystko po 4 złoty", ale absolutnie NIC nie jest w nim po 4 złoty, jakieś sztuczne liście, to też nie majątek. Owoce dzikiej róży znalazłam u siebie w ogródku, nożyczki, jakaś nitka i oczywiście jakiekolwiek ozdoby by Wam się spodobały, wpadły w oko, leżały gdzieś nieużywane, nie ograniczam Waszej kreatywności w żaden sposób.




Co do wykonania, to nie jest one jakieś skomplikowane. Nasz wieniec jest pleciony, więc bierzemy gałązki, liście, cokolwiek mamy i przywiązujemy do ,,gałązek" naszego wieńca nitką. Można by to też oczywiście przykleić, ale wtedy nie wykorzystalibyśmy tego białego cudeńka już do niczego innego, a nitki łatwo i prosto możemy unicestwić narzędziem zwanym nożyczkami. Układamy wszystko tak, jak nam się podoba i co ja będę więcej mówić, nasz wieniec będzie gotowy.




Tutaj kilka miejsc, w których go widziałam, chociaż ostatecznie wylądował on na drzwiach wejściowych. Tym samym kończę ten post, który nie jest jakoś poważny w treści, nie zmienia świata, nie sprawia, że staję się lepszym człowiekiem, ale może był dla kogoś pomocny, może pokazał coś oczywistego, co może wykorzystać, a na co by nie wpadł, a może ... po prostu jest.


                                                                               Do następnego!
                                                                                          Wasza
                                                                                                          Karmelowa Blondynka

środa, 16 września 2015

Wnieść jesień do swojego pokoju

Witajcie!

Już rok temu rozwodziłam się o tym, dlaczego tak bardzo lubię jesień. Jakoś tak wyszło, że jestem wrażliwa na wszelkie jej uroki- mgły, chłody, kolory, zapachy i smaki( ale hej, chyba każdy lubi jabłecznik z cynamonem). Mało tego, są pewne piosenki, które nieodzownie kojarzą mi się z tą porą. Tu chyba chodzi o ten cały specyficzny klimat, tą atmosferę. Mgły zmieszane z dymem po paleniu liści, ostatnimi tchnieniami ziemi. Szarość i zwiędłe kolory traw i gruntu kontrastujące z barwną gamą liści, dyniami, słonecznikami i innymi plonami tej pory. Chłód w opozycji do ciepła domowego, koca, dobrej książki i herbaty z cynamonem. Deszcz i ostatnie, już śpiące promienie słońca, które nie parzą, nie grzeją, a jedynie delikatnie głaskają policzka. Mogłabym tak długo wymieniać.
Tak samo dobrze wiem, że wiele osób tej pory roku nie cierpi. W końcu lepiej cierpieć żałobę za latem, upałami i komarami, niż cieszyć się czymś, co mamy. Ale różnorodność ma to do siebie, że nie każdy musi fascynować się tym, co ja. Jeśli należysz do alergików jesieni, to przecież nic Ciebie nie trzyma tutaj, oprócz szybko za sobą podążających ciągów liter. 

Co rozumiem poprzez wniesienie jesieni do mojego pokoju? Najprościej sprawienie, że ten wyjątkowy klimat stanie się udziałem miejsca, w którym spędzam najwięcej czasu- śpię, uczę się, pracuję. Mam swoje wytyczone miejsca(moja mama lubi nazywać je moimi ołtarzykami), które zmieniają się odpowiednio do pory roku. Trochę jak taki kalendarz wyznaczają rytm roku. W szczególności mój kapelusz DIY, który zawsze zmienia swoje oblicza. Dynie, kwiaty lawendy, świeczki, szyszki i wszechobecne liście sprawiają, że mam wrażenie, że wniosłam dwór do środka. A koce i poduszki nadają ciepło, kiedy na zewnątrz wrzyna się chłód.

W sumie tyle mam do przekazania lub pokazania. Pewnie, nie zmienię tym świata, ale czasami mam wrażenie, że powinnam się cieszyć każdą beztroską chwilą, bo nie wiem, ile będzie mi takich jeszcze danych.












                                  Tym samym dziękuję Wam bardzo za odwiedziny!
                                                                                                 Do następnego!
                                                                                                           

                                                                                       Wasza
                                                                                                    Karmelowa Blondynka

poniedziałek, 7 września 2015

Co myślałam idąc na studia

Witam po nieobecności na tyle długiej, że wzbudziła we mnie znów wyrzuty sumienia.

Jestem całkiem pewna, że wszyscy już doskonale zauważyli, że nadszedł wrzesień, upały minęły (nareszcie!), zrobiło się chłodniej (w końcu! ) i nadeszły deszcze (rolnicy będą chwalić za to niebiosa). Dość duża część naszego społeczeństwa ruszyła hurtem do szkół. Nawet nie będę próbowała skłamać, że z uśmiechem na twarzy. Ja jednak należę do tej grupy, która ma jeszcze miesiąc wakacji i to po raz drugi w swoim nie za długim życiu. Po co to wszystko piszę? A bo spróbuję skonfrontować to, co myślałam rok temu, z tym, co wiem teraz.

Idąc pierwszy raz na studia kłębią nam się w głowie różne myśli, obawy i nadzieje. Szczególnie gdy pierwszy raz wybieramy się do większego miasta- do podstawówki i gimnazjum chodziłam w niewielkiej wiosce, moje liceum było w niewielkim mieście ( i całkiem mi to odpowiadało, bo w takich miejscach czuję się najlepiej). Miasto, do którego się wybierałam, też nie było jakieś specjalnie wielkie, ale jak na to, co lubię, o wiele za duże.

1. Wszyscy będą o wiele doroślejsi, dojrzalsi niż w liceum. Ba... będą na mnie spoglądać jak na małego, bezbronnego, głupiutkiego kurczaczka. A oni... cóż, będą sprytnymi i chytrymi lisami.



Skwituję tą moją obawę jednym głośnym - hahaha... Nie ma takiej linii, poprzeczki, którą przestąpisz i automatycznie staniesz się dorosłym, dojrzałym człowiekiem. Jest to proces, który zajmuje lata. Większość osób, które spotkałam na uczelni pierwszego dnia, miało tak same przestraszone miny jak ja. Pierwszy rok jeszcze długo wyróżniał się szeroko otwartymi oczami pełnymi wątpliwości. Jedni dostosowali się szybciej, inni( czytaj ja) później.

2. Spotkam wiele przeróżnych osób i charakterów. Innych, wyróżniających się.

Tak, dokładnie tak. Może, jeśli ktoś mieszkał w wielkim mieście, to na co dzień spotykał wiele różnych osobowości, ale jeśli mieszkasz w niewielkiej wiosce, ba, dalej mieszkam, na uczelnię dojeżdżam- to może przeżyć niewielki, ale miły szok. Spotkałam ludzi o bardzo różnorodnej gamie poglądów, mogłam dyskutować na wszelkie różne tematy i zawsze znalazł się ktoś przeciwny temu, co ja uznawałam za słuszne- i bardzo dobrze! Poczułam się nieco jak w jednym z tych amerykańskich filmów, gdzie wchodzisz na korytarz i z jednej strony podchodzi grupa modniś, z drugiej widzisz tych zafascynowanych grami komputerowymi, jednego szalonego fana mangi z palcami jakby stworzonymi do malowania, parę osób ubranych na czarno, ale na pewno nie wybierających się na pogrzeb i przekonasz się, że to są wszyscy na prawdę fajni ludzie i gdzieś spośród nich zbierze się twoja paczka, która będzie pasować do Ciebie.

3. Zgubię się, na pewno, absolutnie się zgubię, nie ma szans, żebym trafiła z dworca na uczelnię. Będę błądziła po mieście aż do wieczora i ani pies z kulawą nogą mi nie pomoże trafić z powrotem.

chyba gdzieś tu jestem


Jeszcze zanim poszłam na dzień adaptacyjny wybrałam się i pochodziłam z przyjaciółką, która ma GPS w głowie, po mieście. Dalej kompletnie się nie orientowałam. Z listy osób przyjętych na studia wybrałam kilka sympatycznie brzmiących imion i nazwisk i pisałam, pierwszego dnia razem z nimi chodziłam na uczelnię i na dworzec. Dalej kompletnie się nie orientowałam, więc sporządziłam sobie mapę, z wszystkimi zakrętami i nazwami ulic, które muszę minąć. Używałam tej mapy przez półtora miesiąca. Teraz znam już chyba wszystkie możliwe skróty i bez namysłu trafię na moją uczelnię. Ale nie posyłaj mnie nigdzie dalej, bo jak Boga kocham, zgubię się.







4. Wszyscy mówią, że studenci tak imprezują i piją i nie chcę myśleć co jeszcze. Wszyscy mi mówią, że teraz nauczę się pić, palić, wszystkiego.

Głupoty. Studia nie mają nic wspólnego z tym, w jaki sposób spędzasz czas wolny czy noce. Mój tryb imprezowania nie zmienił się ani trochę. Nadal nie palę i na widok papierosów łapie mnie jakiś wstręt. Wypijam dokładnie tyle, co kiedyś i z taką samą częstotliwością i cóż, nie jest to jakaś imponująca suma. Pewnie, znam osoby, które mają szalone nocne życie, mogą wlewać w siebie całe beczkowozy napoju bogów i następnego dnia przychodzić na zajęcia z błogim wyrazem twarzy kaca, ale jestem przekonana, że żyłyby tak, czy by poszły na studia czy nie i na pewno nie rozpoczęły przygody z momentem przybycia na studia.

5. Sale będą duże. Olbrzymie, jeśli podczas wykładu zaburczy mi w brzuchu to od tablicy po tylną ścianę pójdzie echo. Będziemy na pewno siedzieć rzędami, od góry do dołu, a na dole, niczym w starożytnym amfiteatrze, będzie stał wykładowca.

Budynek, w którym mam większość zajęć jest ładny- mamy nawet windę, z której nie korzystam, bo się boję, że pode mną się zarwie, chociaż ważę tyle, co dobrze napakowany worek kartofli i czasami mam wrażenie, że moja torba z książkami jest cięższa ode mnie. A zajęcia mamy dosłownie w klasach. Mówimy na nie sale, ale wyglądają dokładne tak samo jak klasy w liceum. Moja grupa jest niewielka, liczymy 9 osób i jesteśmy bardzo zgrani. Na roku jest nas 40, jesteśmy już mniej zgrani. A jeśli na zajęciach zaburczy mi w brzuchu, to znak, że po zajęciach idziemy na stację po hot-doga.

6. Będę się uczyć po nocach, płakać, błagać, a sesja zeżre mnie jak głodny piesek dobrą kiełbaskę śląską.


Jakby to powiedzieć... Bardzo lubię swój kierunek studiów, tak bardzo, że rzadko się to zdarza i z skupieniem słucham, gdy inni modlą się, by w końcu minęło te półtora godziny. Jestem w tym dobra, owszem, uczę się godzinami, ale ani razu nie zarwałam nocki z powodu nauki, a przez sesję przebrnęłam gładko, bez poślizgów, zawsze z sali egzaminacyjnej wychodząc z szerokim uśmiechem. I nie kłamię, przyrzekam. Po prostu wybrałam coś, co uwielbiam. A czy to było dobrym wyborem, to się okażę za parę lat.

7. Schudnę, bo przecież zmęczeni studenci zawsze chudną( a ja wcale nie chcę chudnąć, bo i tak jestem na tyle drobna, żeby niektórym ludziom, którzy mnie widzą, otwierały się w torbie paczki z śniadaniem).

Tak bardzo bałam się, że schudnę, że przytyłam. Ale wcale nie żądam współczucia, było to dla mnie spełnieniem pewnego celu. Ja mam to szczęście, że śniadania i kolacje jem w domu, obiady też. Ale znam dziewczyny na studiach, które mieszkają w akademikach i też głodu nie cierpią.



Wypisując to wszystko, poczułam się trochę jakbym spisała coś w rodzaju pamiętnika i, jeju, zatęskniłam już za studiami i to bardzo. Czytając to, pamiętajcie, że to są moje doświadczenia na mojej uczelni, co może się różnić w każdym mieście dla każdego pojedynczego studenta. Ale wiecie, chodziło mi o to, że panuje wiele stereotypów, jakiś głęboko utwardzonych opinii, które niekoniecznie i nie zawsze muszą odpowiadać rzeczywistości.


Tym akcentem kończę ten post i pozdrawiam już takim jesiennym akcentem.

                    

                                                                             
                                                                                       Wasza  
                                                                                                       Karmelowa Blondynka


czwartek, 30 lipca 2015

Moja siostra powiedziała, że jestem cool

Witam Was bardzo serdecznie na tym niewielkim skrawku Internetu, który należy do mnie.

Dzisiaj post nieco odmienny, prawdopodobnie jeden z najkrótszych, które kiedykolwiek napisałam (taki co najmniej jest pierwotny zamysł teraz, kiedy siadam i zaczynam to pisać). Nawet nie wiem od czego dokładnie zacząć, wiem, z reguły powinno to się odbywać od początku, ale ja nawet nie wiem z której strony ta krótka historyjka ma głowę, ogon, łapę i brzuch. Nazwijmy to może krótką anegdotą z życia blondynki. 

Dość niedawno moja najmłodsza siostra( tak, jest nas więcej- w sumie stanowimy całą taką małą mafię blond stworzonek, które mieszczą się w przedziale wiekowym od 12 do 20 lat i czasami ciężko odróżnić jeden od drugiego), w kontekście pewnej dyskusji, której już nie pamiętam ( widzicie, jak skomplikowane to się robi?) powiedziała mi, że jestem COOL( kul?).

De facto, muszę stwierdzić, że nie był to pierwszy raz, kiedy usłyszałam te określenie, niekoniecznie pod moim adresem. Słyszałam je raczej w reklamach napojów orzeźwiających. Za młodu też nigdy nie stosowałam tego określenia. Aż tu padło w moją stronę z ust uroczego stworzonka z olbrzymimi niebieskimi oczkami- praktycznie takimi samymi jak moje i buszem jasnych loków na głowie- i mnie niesamowicie rozbawiło. Bardzo- ponieważ moja pierwsza myśl, którą też od razu wypowiedziałam, była taka :
-Ja nie jestem cool. bo zimna będę, jak moje serce przestanie bić. Jak na razie mam pewnie pi razy oko temperaturę 36,6 stopnie Celsjusza i doskonale mi z tym. 


Szczerze? Nie do końca jestem pewna, czy ona zrozumiała, co mnie tak rozbawiło. Nie szkodzi. Dzielę się z Wami tym, bo może to wywoła u kogoś z Was uśmiech. Przy okazji, od mojej siostry dzieli mnie dokładnie 7 i pół roku, niby niewiele, prawda? Ale próbując porównać moje czasy podstawówki/gimnazjum uderzam o olbrzymią ścianę. Ostatnio, gdy chciałam żartem użyć wyrażenia, jakiego ona używa, ,,zyla", które za moich czasów brzmiało jeszcze ,,zeta", a w tłumaczeniu oznacza tyle co ,,złoty", ona spojrzała na mnie, zrobiła wielkie oczy i powiedziała ,,Monia, to Ty stosujesz takich młodzieżowych wyrażeń?". Poczułam się jakby ktoś nałożył mi na głowę białą perukę, kopnął w kręgosłup tak, że musiałam się pochylić i narzucił na plecy koc. W ten sposób moja siostra poinformowała mnie, że nie należę do młodzieży. 


Tak, zgadliście, to wszystko. Pewnie, pisałam już posty bardziej treściwe, bądź mniej, zależy w którym obszarze czasoprzestrzeni się poruszamy, ale naszło mnie dzisiaj, by się tym z Wami podzielić. Możecie zostać tutaj dłużej, dowiedzieć się, czy według Was też jestem tak zimna, jak moja siostra powiedziała. Może Was to rozśmieszyło, a jeśli nie, to świat ani dla mnie, ani dla Was się nie zawali. Ci do góry go dość solidnie zbudowali. 


                                                              Do następnego!


                                                                                               Wasza
                                                                                                              Karmelowa Blondynka

sobota, 18 lipca 2015

Jak to jest skończyć 20 lat

Witam was bardzo serdecznie!

Powiem Wam szczerze, że systematyczność nie należy do moich silnych stron. Gdy jedni stali u aniołów w kolejce, by ją otrzymać, ja chyba stanęłam w tej drugiej kolejce. Problem w tym, że nie wiem, co tak właściwie wtedy dostałam...

Jak już pewnie po tytule odgadliście, niedawno skończyłam 20 lat. I powiem szczerze, w momencie, w którym to napisałam, zrobiłam długą przerwę, ponieważ musiałam parę razy spojrzeć na tą dwudziestkę i głęboko nabrać powietrza, zanim zaczęłam dalej pisać. Tak, ta cyfra działa na mnie przytłaczająco. 

Nie, wiedza nagle nie spływa do Twojej głowy magiczną siłą, nadal pozostajesz dokładnie tym samym człowiekiem, którym byłeś przed godziną 12 i nic, absolutnie nic niezwykłego się nie dzieje- chyba, że Twoi bliscy mają zamiar sprawić, by ten moment stał się wyjątkowy. To jest takie oczekiwanie na to wielkie coś, na to wielkie bum, a tu tylko cyk. Porównywalne do tego, jak przed 18 liczyłeś na to, że wszystko się nagle zmieni, że będzie super, bo jesteś pełnoletnia, możesz wszystko, masz prawko, dowód, możesz kupić alkohol, a tak na prawdę nie możesz nic i nic się nie zmienia, czar pryska. Jeśli się obawiasz, że po 20 nagle ujrzysz zmarszczki, jakiś siwy włos i zaczniesz zachowywać się jak własna babcia- wiedz, że tak się nie stanie i poczujesz wielką ulgę. Wszystko zależy od Twoich oczekiwań, Twojego nastawienia, życia, charakteru, jeśli to jest ważne, koloru ścian w pokoju czy faktu, czy masz skarpetki do pary. Ale ja opowiem, jak do mnie dotarło to, że mam z przodu dwójkę, a na drugim miejscu zero.  

Zacznijmy od tego, że ciężko się przyzwyczaić do tego, że tych lat nie ma już naście. W końcu przez połowę mojego życia byłam właśnie nastolatką- zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Już nią nie jestem i nie wiem, czy powinno to wnieść jakieś zmiany w moje życie, powinnam stać się doroślejsza? Przecież- do jasnej konewki- mam 20 lat! To są dwie dekady. Wiecie ile razy co niektóre gwiazdy musiały się operować, by się nie postarzeć? Ja też nie wiem, ale na palcach bym się nie doliczyła. 

Jakieś 5 lat temu myślałam, że mając 20 lat będę dorosłą, dojrzałą, pewną siebie kobietą z ułożonym, zaplanowanym życiem. No... nieźle się pomyliłam. Owszem, studiuję. Zdarzyło mi się tu i tam pracować. Potrafię nawet gotować. Mogłabym wyliczać tu wiele rzeczy, które potrafię/umiem/lubię, ale nie w tym rzecz. 



Tego gorącego, lipcowego dnia usiadłam i spojrzałam na różne tabla, zdjęcia klasowe. Wiecie jak wiele dziewczyn ma już dzieci? Wyszło za mąż? Owszem, to nie jest wyznacznikiem dojrzałości, ale i tak działa na człowieka przytłaczająco. Automatycznie kolejnym celem staje się 30. Dom, dzieci, mąż... STOP. Czujecie w jakie napędzające się, paniczne koło wpadamy? Jeśli nie, to Wam szczerze zazdroszczę. 

Myślałam kiedyś, że w tym wieku będę znała wszystkie odpowiedzi. A tak na prawdę powstało w tej głowie tyle pytań, że czasami się zastanawiam, jak one się tam jeszcze mieszczą. Wiem tylko tyle, że nie wiem nic. 

I tak dochodzę do momentu, gdy na mojej twarzy pojawia się promyk nadziei- przecież nie jestem sama. Przecież w tym roku wiele osób skończy tych lat 20. Dorosłość jest czymś znacznie innym, niż sobie to wyobrażamy. To, że wszystkie zakazane rzeczy stają się nagle dozwolone, wcale nie jest fajną sprawą. Gdy zaczyna brakować w Twoim życiu drogowskazów i sam musisz decydować co jest dobre, a co złe, to przestaje być zabawną grą. Dorosłość jest czymś, czego jeszcze nie ogarniam. Jedną stopą w niej stoję, drugą... Nie wiem co robię drugą stopą, wywijam piruety w próżni albo tańczę poloneza. Nieważne co nią robię, ważne, że stawiam krok. Ważne, że się uśmiecham. I przestaję się martwić, bo żeby tą dorosłość ogarnąć mam jeszcze całe życie. I może sam fakt, że się nad nią zastanawiam, sprawia, że ta wywijająca piruety stopa również zaczyna robić pewny siebie krok.

Ahh... I bym zapomniała. Jaki piękny świat, jaki piękny świat, gdy się ma 20 lat.

Do następnego!


                                                                                               Wasza
                                                                                                      Karmelowa Blondynka


niedziela, 17 maja 2015

Wczesne wstawanie

Budzisz się. I nie jest to jeden z tych przyjemnych poranków, gdy słońce Ci lekko grzeje twarz i wyglądające spod kołdry stopy , obracasz się wygodnie z jednego boku na drugi i myślisz, czy może zaryzykować i otworzyć to oko... Oj nie... Z snu wyrywa Ciebie bezlitosny zwierz, który przez niektórych niedoświadczonych ludzi zwany jest... budzikiem.  W głowie masz jedno głośne ,,NIE", a punkt ciężkości całej ziemi skumulował się właśnie w twoim łóżku i ciągnie Ciebie niemiłosiernie z powrotem na łono miękkiej poduszki. Nie ma żadnej ucieczki- musisz wstawać, bo za pół godziny odjeżdża Twój pociąg.

Przyznajcie się, jak wiele z Was rozpoczyna tak właśnie dzień? Uświadomiłam sobie jak wiele osób dotyka ten ból, gdy zaczęłam dojeżdżać na uczelnie. Zdziwiłam się ruchem na ulicy o 6 rano i tym, jak pełny jest mój pociąg, a idąc ciemnymi i niekiedy zaśnieżonymi ulicami zauważyłam, że miasto tętni już życiem. Przyznam, było mi odrobinę lepiej, gdy zobaczyłam, że nie jestem sama.

Co jednak zrobić, by wczesne wstawanie było choć odrobinę przyjemniejsze? Może i zabawne jest, jak na uczelni w lustrze zauważasz, że bluzkę jednak założyłaś na odwrót, ale dopiero po czasie odkrywasz komizm w tej sytuacji.


Nie odkryję tutaj Ameryki, ale szukając cudownych sposobów zapominamy o tym najbardziej oczywistym i naturalnym- idź wcześniej spać. Wiadomo, będą dni, gdy będzie to niemożliwe, ale jeśli z własnej woli kładziesz się dopiero po 12, a wiesz, że będziesz wstawać o 4, to nie marudź, bo jak to się pięknie mówi, jak sobie pościelisz tak się wyśpisz.
I tak ładnie dochodzę do kolejnej rady- ściel łóżko. Będzie po prostu wygodniej. Im wygodniej, tym lepiej śpisz. Postarajmy się na chwilę zapomnieć, że z tego wygodnego łóżka będziesz musiała wstawać.




Kanapki na śniadanie i ubrania naszykuj sobie już wieczorem, zajmuje to wtedy o wiele mniej czasu niż rano, gdy ledwo co kontaktujesz.
I przede wszystkim- nie odwlekaj wstawania. Gdy budzik zadzwoni za 10 minut wcale nie będzie Ci łatwiej wstać, uwierz mi. Będzie tak samo ciężko, tylko będziesz się musiała bardziej śpieszyć i prawdopodobnie ucieknie Ci środek lokomocji, na który czekasz.
Gdy już uda Ci się stanąć na dwóch nogach i w miarę stabilnie postawić krok na przód, to skieruj się prosto do łazienki i opłucz twarz zimną wodą, uwierz mi, że pomoże Ci to.
A nawet, jeśli masz taki zły zwyczaj nie jeść rano śniadania, spróbuj chociaż napić się ciepłej herbaty. Nie możesz od Twojego organizmu oczekiwać, że zacznie nagle działaś na szybkich obrotach, jeśli nie dostarczasz mu żadnego paliwa.



Wiem, że wszystkie te rady nie zmienią godziny, o której wstajesz, ale sama jestem na etapie rozpracowania tego, jak wyciągnąć pozytywy z tej sytuacji. Jeden już odkryłam, choćbym była nieziemsko śpiąca, jedna myśl będzie taka sama- poranki są piękne. Zasnute mgłą, jeszcze nieśmiałym światłem i rześkim powietrzem. Takim pozytywnym akcentem żegnam się z Wami.

                                                         

                                                                     Do następnego!

                                                                                        Wasza śpiąca
                                                                                                   Karmelowa Blondynka