wtorek, 29 listopada 2016

Bałtycki czar

Witajcie na tym niewielkim skrawku internetu, który należy do mnie. 

Grudzień to pod wieloma względami miesiąc wyjątkowy. Poczynając na zbliżających się świętach i całej ich magicznej otoczce, zahaczając o zimę, którą kocham całym sercem, kończąc na tym, że grudzień jest tak jakby ostatnim aktem przedstawienia, które zwie się rokiem. To czas, w którym minione 12 miesięcy powraca do mnie epizodami, jak takie migawki, klatki filmowe, wyjątkowe chwile zlewają się w mozaikę, a ja na końcu kosztuję upieczone ciasto i próbuję podjąć decyzję, czy jest one dobre, czy może jednak niekoniecznie odpowiada moim kubkom smakowym. Niektóre wspomnienia posiadają aromat, który wyczuwam długo po ich zakosztowaniu, niektóre są słodkie, maja zapach miłości, inne pikantne, uwodzą w dalekie krainy, inne są słone, jak morze. 





Morze jest słone od potu rybaków i łez wdów po nich płaczących. 


Taki napis przeczytałam na jednym z pomników, które mijałam podczas urlopu w sierpniu. Wyleciało mi z głowy miasto, w którym pomnik stał, jak ten pomnik tak właściwie wyglądał, ale te kilka słów zakotwiczyło się w mojej głowie na stałe, nie chcąc jej opuścić pod żadnym pozorem. Otworzyło zupełnie nową perspektywę postrzegania tego bezmiaru wód. Morze, to nie tylko plaża, słońce, gorąc i panowie wołający ,,Gooorąca kukurydzaaa... Zimnee piwo... Lody, lody na patyku". Morze, to niezgłębiona tajemnica, historia, którą co noc opowiada szum fal, którą obserwują księżyc i gwiazdy, a na którą my, ludzie, jesteśmy chyba głusi. Kurcze, jakoś dzisiaj mi leży ten niesamowicie sentymentalny ton. 

Ale bądźmy szczerzy, plaża o 12, w towarzystwie tysiąca ludzi obok, tuż za parawanem, nie jest jakoś specjalnie fascynująca. Co innego o 5 rano o świcie, o zachodzie słońca, albo w nocy, kiedy to już tylko odbicie księżyca kusi w tą odległą głębię. Mam wrażenie, że dopiero w samotności, kiedy myśli są głośniejsze od wypowiadanych słów, można dostrzec to, co  w Bałtyku wyjątkowe. Stojąc tam, pozwalając chłodnemu wiatru uderzać nas w twarz, a falom podmywać nam piach spod nóg, wtedy odczuwamy ten prawdziwy czar, ten urok, a może jednak klątwę, która pochłonęła życie tylu marynarzy. Tą chęć poznania tego, co nieznane. Bo jacy myśmy mali i głupi, gdy patrzymy w niezgłębioną mądrość wód, które od tysiącleci obmywają tą ziemię. Jak łatwo nam się w nim utopić, w tym dosłownym, ale i metaforycznym sensie. Jak łatwo zapomnieć, że jesteśmy żywym człowiekiem, a nie wieczną częścią bezmiaru łez i nie potrafimy dotrzymać taktu w tańcu, który od wieków prowadzi fale to w tę, to w drugą, do rytmu muzyki, którą dyktuje im wiatr. 




Są takie momenty, w których chciałabym znów tam stanąć i rozumieć tak samo, jak wtedy, jak małe są moje problemy, jak mała jestem ja, pozwolić ogromowi przede mną zmniejszyć moje własne ja, przytemperować ego, bo w codziennym życiu wiecznie martwię się czy ja to, czy ja tamto, a kim ja tak właściwie jestem? Gdyby mnie ta woda raz pochłonęła, to nie wiadomo, czy kiedykolwiek wypuściłaby mnie znów na powierzchnię ziemi. Zresztą takie wieczne dryfowanie w wodzie, bycie legendą, też ma jakieś kuszące strony i gdybym tak bardzo nie kochała życia, może dłużej roztrząsałabym się nad moją możliwą karierą topielca albo upiornej syrenki. Ale jednak, żywe kolory lepiej pasują mi do twarzy. 





Czasami, wsłuchując się w szum fal, miałam wrażenie, że słyszę śpiew tysiąca dusz, które w tym morzu się zakochały, które spędziły przy nim życie i które w nim te życie zakończyły. Chciałam wiele razy usiąść i o tym napisać, szczególnie będąc tam, ale widocznie musiały minąć miesiące, które pozwoliłyby mi nabrać odpowiedniej perspektywy. Wtedy słowa nie układały się w nic sensownego. Dzisiaj, gdy siedzę przed laptopem z świadomością, że za 6 godzin muszę wstać, by zdążyć na autobus, z pracą licencjacką na karku i płatkami śniegu delikatnie spadającymi na moje okno, dzisiaj słowa ułożyły się w odpowiedni sposób. 


Bałtyk rzucił na mnie urok, urok, którego nie da się już odwrócić. Podczas spaceru nocą wzdłuż plaży ujrzałam spadającą gwiazdkę ( nie bajeruję was teraz, udało mi się być tam w noc spadających gwiazd, coś wprost cudownego). Słyszałam, że życzenia, które w duszy wtedy wypowiadamy się spełniają. Jeśli tak, to na pewno tam znów powrócę.

                                                          Do następnego! 

                                                                                  Wasza
           
                                                                                                Karmelowa Blondynka


poniedziałek, 28 listopada 2016

Zakochana w Tatrach




To dość nietypowe z mojej strony rozpoczynać post zdjęciem, ale w tym wypadku za każdym razem, gdy zbierałam się do napisania czegoś sensownego, w ciągu dziesięciu sekund usuwałam wszystkie nabazgrane literki. Żadnymi słowami nie potrafiłam wyrazić tego, co czułam, gdy robiono mi to zdjęcie. Stwierdzenie, że poczułam się mała, byłoby olbrzymim niedopowiedzeniem. Poczułam się mikroskopijna, tak malusieńka, jak łza, którą uroniłam na tą skałę. A uroniłam tą łzę dosłownie, schodząc z szczytu przy łańcuchach, przezwyciężyłam swój największy strach i uczucia, jakich wtedy doznałam nie mieszczą się w ramowych, a nawet cenzuralnych określeniach strachu, radości, adrenaliny, nie wiem nawet jakich słów mogłabym użyć dalej. Jeśli ktoś nie ma pojęcia, gdzie na tym zdjęciu jestem, to podpowiem. To Giewont, 1894 metry nad poziomem morza, lata świetlne od rzeczywistości, w jakiej żyję na co dzień. W momencie, gdy mój luby bawił się w fotografa, powiedziałam, że opatrzę te zdjęcie opisem ,,bez szpilek na Giewoncie". 






Nie wiem, jak nazwać tą siłę, która emanuje z tych olbrzymich skał. To coś więcej niż piękno, to chyba wieczność, nieśmiertelność, to ta nieprzezwyciężona siła, która pcha człowieka tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. To coś, co pozwala mi uwierzyć w wszelkie stare legendy i mity. Bo te góry na prawdę tak wyglądają, jakby lada chwila mogła Ci przez drogę przejść postać nie z tego świata, momentami zastanawiałam się, czy ja nadal jestem z tego świata. Nie wiem, czy to ta wysokość uderza nam do głowy, czy świadomość, że jesteśmy gdzieś, gdzie nie każdy śmiertelnik postawi w swoim życiu nogę. Uczucia jakby nabierają na sile, może jeśli tlenu w powietrzu wokoło jest mniej, my zapełniamy tą pustkę cząstką siebie?Naszymi emocjami? Kochając, kochałam w tym momencie mocniej, strach potrafił w mgnieniu oka przeobrazić się panikę, radość w niemal euforię, a zmęczenie... cóż, zmęczenie pokazało mi, jak łatwo moje ciało pokonać, ale jak potężna jest siła mojej woli. Na zdjęciu Przełęcz Kondracka, 1723 metrów nad poziomem morza. W życiu nie jadłam smaczniejszej kanapki, kabanoska, a gorąca herbara nie miała tak zbawiennego smaku, jak tam. 




Przestało mnie dziwić, dlaczego wysokość, góry i ta dzika natura tak fascynowała romantyków. Poruszyła ona w mojej duszy pewną nutę, której nie znałam i nawet, jak od powrotu minęły już miesiące, mam wrażenie, że ta nuta jeszcze silniej we mnie rozbrzmiewa. Pozwala mi przywoływać wspomnienia, przeżywać te chwile na nowo. Poczułam się silna, prawdziwa, naturalna, krucha, nierealna i nierzeczywista. Kontrast? A może chuśtawka nastrojów? Raczej przemyślenia. 

Wrócę tam, nie wiem kiedy ale wrócę na pewno, nie raz i nie dwa, obiecałam to sobie i tym skałom. Pokochałam Tatry, tak szczerze, tak namiętnie, tak na zawsze. 




                                                                             
                                                                       Do następnego!

                                                                                           Wasza

                                                                                                    Karmelowa Blondynka