niedziela, 27 września 2015

Jesienne DIY 2015

Witam serdecznie na tym niewielkim skrawku internetu, który należy do mnie.

Już wcześniej pisałam, że szczególnie jesienią lubię przenieść dwór do mojego domu, szczególnie pokoju. Uwielbiam ten klimat i chcę go w każdy możliwy sposób celebrować, dlatego dzisiaj przedstawię Wam sposób, w jaki zrobiłam ten oto jesienny wieniec, widziałam coś podobnego w kwiaciarni, ale stwierdziłam, że wolę zrobić to sama.Są różni ludzie, ale mi z reguły coś, co zrobiłam sama sprawia więcej radości niż gotowiec. 


Wypadałoby zacząć od tego, co potrzebujemy do wykonania tejże ozdóbki, prawda? Bo niestety z powietrza nie wyczarujemy nic, nawet ja tego nie potrafię, jak bardzo bym nie chciała wierzyć w to, że mam magiczne zdolności. List z Hogwartu już nigdy do mnie nie dotrze. 



Nie ma tu jakiś cudów. Potrzebujemy biały pleciony wieniec, który kupiłam w sklepie, który nosi nazwę ,,Wszystko po 4 złoty", ale absolutnie NIC nie jest w nim po 4 złoty, jakieś sztuczne liście, to też nie majątek. Owoce dzikiej róży znalazłam u siebie w ogródku, nożyczki, jakaś nitka i oczywiście jakiekolwiek ozdoby by Wam się spodobały, wpadły w oko, leżały gdzieś nieużywane, nie ograniczam Waszej kreatywności w żaden sposób.




Co do wykonania, to nie jest one jakieś skomplikowane. Nasz wieniec jest pleciony, więc bierzemy gałązki, liście, cokolwiek mamy i przywiązujemy do ,,gałązek" naszego wieńca nitką. Można by to też oczywiście przykleić, ale wtedy nie wykorzystalibyśmy tego białego cudeńka już do niczego innego, a nitki łatwo i prosto możemy unicestwić narzędziem zwanym nożyczkami. Układamy wszystko tak, jak nam się podoba i co ja będę więcej mówić, nasz wieniec będzie gotowy.




Tutaj kilka miejsc, w których go widziałam, chociaż ostatecznie wylądował on na drzwiach wejściowych. Tym samym kończę ten post, który nie jest jakoś poważny w treści, nie zmienia świata, nie sprawia, że staję się lepszym człowiekiem, ale może był dla kogoś pomocny, może pokazał coś oczywistego, co może wykorzystać, a na co by nie wpadł, a może ... po prostu jest.


                                                                               Do następnego!
                                                                                          Wasza
                                                                                                          Karmelowa Blondynka

środa, 16 września 2015

Wnieść jesień do swojego pokoju

Witajcie!

Już rok temu rozwodziłam się o tym, dlaczego tak bardzo lubię jesień. Jakoś tak wyszło, że jestem wrażliwa na wszelkie jej uroki- mgły, chłody, kolory, zapachy i smaki( ale hej, chyba każdy lubi jabłecznik z cynamonem). Mało tego, są pewne piosenki, które nieodzownie kojarzą mi się z tą porą. Tu chyba chodzi o ten cały specyficzny klimat, tą atmosferę. Mgły zmieszane z dymem po paleniu liści, ostatnimi tchnieniami ziemi. Szarość i zwiędłe kolory traw i gruntu kontrastujące z barwną gamą liści, dyniami, słonecznikami i innymi plonami tej pory. Chłód w opozycji do ciepła domowego, koca, dobrej książki i herbaty z cynamonem. Deszcz i ostatnie, już śpiące promienie słońca, które nie parzą, nie grzeją, a jedynie delikatnie głaskają policzka. Mogłabym tak długo wymieniać.
Tak samo dobrze wiem, że wiele osób tej pory roku nie cierpi. W końcu lepiej cierpieć żałobę za latem, upałami i komarami, niż cieszyć się czymś, co mamy. Ale różnorodność ma to do siebie, że nie każdy musi fascynować się tym, co ja. Jeśli należysz do alergików jesieni, to przecież nic Ciebie nie trzyma tutaj, oprócz szybko za sobą podążających ciągów liter. 

Co rozumiem poprzez wniesienie jesieni do mojego pokoju? Najprościej sprawienie, że ten wyjątkowy klimat stanie się udziałem miejsca, w którym spędzam najwięcej czasu- śpię, uczę się, pracuję. Mam swoje wytyczone miejsca(moja mama lubi nazywać je moimi ołtarzykami), które zmieniają się odpowiednio do pory roku. Trochę jak taki kalendarz wyznaczają rytm roku. W szczególności mój kapelusz DIY, który zawsze zmienia swoje oblicza. Dynie, kwiaty lawendy, świeczki, szyszki i wszechobecne liście sprawiają, że mam wrażenie, że wniosłam dwór do środka. A koce i poduszki nadają ciepło, kiedy na zewnątrz wrzyna się chłód.

W sumie tyle mam do przekazania lub pokazania. Pewnie, nie zmienię tym świata, ale czasami mam wrażenie, że powinnam się cieszyć każdą beztroską chwilą, bo nie wiem, ile będzie mi takich jeszcze danych.












                                  Tym samym dziękuję Wam bardzo za odwiedziny!
                                                                                                 Do następnego!
                                                                                                           

                                                                                       Wasza
                                                                                                    Karmelowa Blondynka

poniedziałek, 7 września 2015

Co myślałam idąc na studia

Witam po nieobecności na tyle długiej, że wzbudziła we mnie znów wyrzuty sumienia.

Jestem całkiem pewna, że wszyscy już doskonale zauważyli, że nadszedł wrzesień, upały minęły (nareszcie!), zrobiło się chłodniej (w końcu! ) i nadeszły deszcze (rolnicy będą chwalić za to niebiosa). Dość duża część naszego społeczeństwa ruszyła hurtem do szkół. Nawet nie będę próbowała skłamać, że z uśmiechem na twarzy. Ja jednak należę do tej grupy, która ma jeszcze miesiąc wakacji i to po raz drugi w swoim nie za długim życiu. Po co to wszystko piszę? A bo spróbuję skonfrontować to, co myślałam rok temu, z tym, co wiem teraz.

Idąc pierwszy raz na studia kłębią nam się w głowie różne myśli, obawy i nadzieje. Szczególnie gdy pierwszy raz wybieramy się do większego miasta- do podstawówki i gimnazjum chodziłam w niewielkiej wiosce, moje liceum było w niewielkim mieście ( i całkiem mi to odpowiadało, bo w takich miejscach czuję się najlepiej). Miasto, do którego się wybierałam, też nie było jakieś specjalnie wielkie, ale jak na to, co lubię, o wiele za duże.

1. Wszyscy będą o wiele doroślejsi, dojrzalsi niż w liceum. Ba... będą na mnie spoglądać jak na małego, bezbronnego, głupiutkiego kurczaczka. A oni... cóż, będą sprytnymi i chytrymi lisami.



Skwituję tą moją obawę jednym głośnym - hahaha... Nie ma takiej linii, poprzeczki, którą przestąpisz i automatycznie staniesz się dorosłym, dojrzałym człowiekiem. Jest to proces, który zajmuje lata. Większość osób, które spotkałam na uczelni pierwszego dnia, miało tak same przestraszone miny jak ja. Pierwszy rok jeszcze długo wyróżniał się szeroko otwartymi oczami pełnymi wątpliwości. Jedni dostosowali się szybciej, inni( czytaj ja) później.

2. Spotkam wiele przeróżnych osób i charakterów. Innych, wyróżniających się.

Tak, dokładnie tak. Może, jeśli ktoś mieszkał w wielkim mieście, to na co dzień spotykał wiele różnych osobowości, ale jeśli mieszkasz w niewielkiej wiosce, ba, dalej mieszkam, na uczelnię dojeżdżam- to może przeżyć niewielki, ale miły szok. Spotkałam ludzi o bardzo różnorodnej gamie poglądów, mogłam dyskutować na wszelkie różne tematy i zawsze znalazł się ktoś przeciwny temu, co ja uznawałam za słuszne- i bardzo dobrze! Poczułam się nieco jak w jednym z tych amerykańskich filmów, gdzie wchodzisz na korytarz i z jednej strony podchodzi grupa modniś, z drugiej widzisz tych zafascynowanych grami komputerowymi, jednego szalonego fana mangi z palcami jakby stworzonymi do malowania, parę osób ubranych na czarno, ale na pewno nie wybierających się na pogrzeb i przekonasz się, że to są wszyscy na prawdę fajni ludzie i gdzieś spośród nich zbierze się twoja paczka, która będzie pasować do Ciebie.

3. Zgubię się, na pewno, absolutnie się zgubię, nie ma szans, żebym trafiła z dworca na uczelnię. Będę błądziła po mieście aż do wieczora i ani pies z kulawą nogą mi nie pomoże trafić z powrotem.

chyba gdzieś tu jestem


Jeszcze zanim poszłam na dzień adaptacyjny wybrałam się i pochodziłam z przyjaciółką, która ma GPS w głowie, po mieście. Dalej kompletnie się nie orientowałam. Z listy osób przyjętych na studia wybrałam kilka sympatycznie brzmiących imion i nazwisk i pisałam, pierwszego dnia razem z nimi chodziłam na uczelnię i na dworzec. Dalej kompletnie się nie orientowałam, więc sporządziłam sobie mapę, z wszystkimi zakrętami i nazwami ulic, które muszę minąć. Używałam tej mapy przez półtora miesiąca. Teraz znam już chyba wszystkie możliwe skróty i bez namysłu trafię na moją uczelnię. Ale nie posyłaj mnie nigdzie dalej, bo jak Boga kocham, zgubię się.







4. Wszyscy mówią, że studenci tak imprezują i piją i nie chcę myśleć co jeszcze. Wszyscy mi mówią, że teraz nauczę się pić, palić, wszystkiego.

Głupoty. Studia nie mają nic wspólnego z tym, w jaki sposób spędzasz czas wolny czy noce. Mój tryb imprezowania nie zmienił się ani trochę. Nadal nie palę i na widok papierosów łapie mnie jakiś wstręt. Wypijam dokładnie tyle, co kiedyś i z taką samą częstotliwością i cóż, nie jest to jakaś imponująca suma. Pewnie, znam osoby, które mają szalone nocne życie, mogą wlewać w siebie całe beczkowozy napoju bogów i następnego dnia przychodzić na zajęcia z błogim wyrazem twarzy kaca, ale jestem przekonana, że żyłyby tak, czy by poszły na studia czy nie i na pewno nie rozpoczęły przygody z momentem przybycia na studia.

5. Sale będą duże. Olbrzymie, jeśli podczas wykładu zaburczy mi w brzuchu to od tablicy po tylną ścianę pójdzie echo. Będziemy na pewno siedzieć rzędami, od góry do dołu, a na dole, niczym w starożytnym amfiteatrze, będzie stał wykładowca.

Budynek, w którym mam większość zajęć jest ładny- mamy nawet windę, z której nie korzystam, bo się boję, że pode mną się zarwie, chociaż ważę tyle, co dobrze napakowany worek kartofli i czasami mam wrażenie, że moja torba z książkami jest cięższa ode mnie. A zajęcia mamy dosłownie w klasach. Mówimy na nie sale, ale wyglądają dokładne tak samo jak klasy w liceum. Moja grupa jest niewielka, liczymy 9 osób i jesteśmy bardzo zgrani. Na roku jest nas 40, jesteśmy już mniej zgrani. A jeśli na zajęciach zaburczy mi w brzuchu, to znak, że po zajęciach idziemy na stację po hot-doga.

6. Będę się uczyć po nocach, płakać, błagać, a sesja zeżre mnie jak głodny piesek dobrą kiełbaskę śląską.


Jakby to powiedzieć... Bardzo lubię swój kierunek studiów, tak bardzo, że rzadko się to zdarza i z skupieniem słucham, gdy inni modlą się, by w końcu minęło te półtora godziny. Jestem w tym dobra, owszem, uczę się godzinami, ale ani razu nie zarwałam nocki z powodu nauki, a przez sesję przebrnęłam gładko, bez poślizgów, zawsze z sali egzaminacyjnej wychodząc z szerokim uśmiechem. I nie kłamię, przyrzekam. Po prostu wybrałam coś, co uwielbiam. A czy to było dobrym wyborem, to się okażę za parę lat.

7. Schudnę, bo przecież zmęczeni studenci zawsze chudną( a ja wcale nie chcę chudnąć, bo i tak jestem na tyle drobna, żeby niektórym ludziom, którzy mnie widzą, otwierały się w torbie paczki z śniadaniem).

Tak bardzo bałam się, że schudnę, że przytyłam. Ale wcale nie żądam współczucia, było to dla mnie spełnieniem pewnego celu. Ja mam to szczęście, że śniadania i kolacje jem w domu, obiady też. Ale znam dziewczyny na studiach, które mieszkają w akademikach i też głodu nie cierpią.



Wypisując to wszystko, poczułam się trochę jakbym spisała coś w rodzaju pamiętnika i, jeju, zatęskniłam już za studiami i to bardzo. Czytając to, pamiętajcie, że to są moje doświadczenia na mojej uczelni, co może się różnić w każdym mieście dla każdego pojedynczego studenta. Ale wiecie, chodziło mi o to, że panuje wiele stereotypów, jakiś głęboko utwardzonych opinii, które niekoniecznie i nie zawsze muszą odpowiadać rzeczywistości.


Tym akcentem kończę ten post i pozdrawiam już takim jesiennym akcentem.

                    

                                                                             
                                                                                       Wasza  
                                                                                                       Karmelowa Blondynka


czwartek, 30 lipca 2015

Moja siostra powiedziała, że jestem cool

Witam Was bardzo serdecznie na tym niewielkim skrawku Internetu, który należy do mnie.

Dzisiaj post nieco odmienny, prawdopodobnie jeden z najkrótszych, które kiedykolwiek napisałam (taki co najmniej jest pierwotny zamysł teraz, kiedy siadam i zaczynam to pisać). Nawet nie wiem od czego dokładnie zacząć, wiem, z reguły powinno to się odbywać od początku, ale ja nawet nie wiem z której strony ta krótka historyjka ma głowę, ogon, łapę i brzuch. Nazwijmy to może krótką anegdotą z życia blondynki. 

Dość niedawno moja najmłodsza siostra( tak, jest nas więcej- w sumie stanowimy całą taką małą mafię blond stworzonek, które mieszczą się w przedziale wiekowym od 12 do 20 lat i czasami ciężko odróżnić jeden od drugiego), w kontekście pewnej dyskusji, której już nie pamiętam ( widzicie, jak skomplikowane to się robi?) powiedziała mi, że jestem COOL( kul?).

De facto, muszę stwierdzić, że nie był to pierwszy raz, kiedy usłyszałam te określenie, niekoniecznie pod moim adresem. Słyszałam je raczej w reklamach napojów orzeźwiających. Za młodu też nigdy nie stosowałam tego określenia. Aż tu padło w moją stronę z ust uroczego stworzonka z olbrzymimi niebieskimi oczkami- praktycznie takimi samymi jak moje i buszem jasnych loków na głowie- i mnie niesamowicie rozbawiło. Bardzo- ponieważ moja pierwsza myśl, którą też od razu wypowiedziałam, była taka :
-Ja nie jestem cool. bo zimna będę, jak moje serce przestanie bić. Jak na razie mam pewnie pi razy oko temperaturę 36,6 stopnie Celsjusza i doskonale mi z tym. 


Szczerze? Nie do końca jestem pewna, czy ona zrozumiała, co mnie tak rozbawiło. Nie szkodzi. Dzielę się z Wami tym, bo może to wywoła u kogoś z Was uśmiech. Przy okazji, od mojej siostry dzieli mnie dokładnie 7 i pół roku, niby niewiele, prawda? Ale próbując porównać moje czasy podstawówki/gimnazjum uderzam o olbrzymią ścianę. Ostatnio, gdy chciałam żartem użyć wyrażenia, jakiego ona używa, ,,zyla", które za moich czasów brzmiało jeszcze ,,zeta", a w tłumaczeniu oznacza tyle co ,,złoty", ona spojrzała na mnie, zrobiła wielkie oczy i powiedziała ,,Monia, to Ty stosujesz takich młodzieżowych wyrażeń?". Poczułam się jakby ktoś nałożył mi na głowę białą perukę, kopnął w kręgosłup tak, że musiałam się pochylić i narzucił na plecy koc. W ten sposób moja siostra poinformowała mnie, że nie należę do młodzieży. 


Tak, zgadliście, to wszystko. Pewnie, pisałam już posty bardziej treściwe, bądź mniej, zależy w którym obszarze czasoprzestrzeni się poruszamy, ale naszło mnie dzisiaj, by się tym z Wami podzielić. Możecie zostać tutaj dłużej, dowiedzieć się, czy według Was też jestem tak zimna, jak moja siostra powiedziała. Może Was to rozśmieszyło, a jeśli nie, to świat ani dla mnie, ani dla Was się nie zawali. Ci do góry go dość solidnie zbudowali. 


                                                              Do następnego!


                                                                                               Wasza
                                                                                                              Karmelowa Blondynka

sobota, 18 lipca 2015

Jak to jest skończyć 20 lat

Witam was bardzo serdecznie!

Powiem Wam szczerze, że systematyczność nie należy do moich silnych stron. Gdy jedni stali u aniołów w kolejce, by ją otrzymać, ja chyba stanęłam w tej drugiej kolejce. Problem w tym, że nie wiem, co tak właściwie wtedy dostałam...

Jak już pewnie po tytule odgadliście, niedawno skończyłam 20 lat. I powiem szczerze, w momencie, w którym to napisałam, zrobiłam długą przerwę, ponieważ musiałam parę razy spojrzeć na tą dwudziestkę i głęboko nabrać powietrza, zanim zaczęłam dalej pisać. Tak, ta cyfra działa na mnie przytłaczająco. 

Nie, wiedza nagle nie spływa do Twojej głowy magiczną siłą, nadal pozostajesz dokładnie tym samym człowiekiem, którym byłeś przed godziną 12 i nic, absolutnie nic niezwykłego się nie dzieje- chyba, że Twoi bliscy mają zamiar sprawić, by ten moment stał się wyjątkowy. To jest takie oczekiwanie na to wielkie coś, na to wielkie bum, a tu tylko cyk. Porównywalne do tego, jak przed 18 liczyłeś na to, że wszystko się nagle zmieni, że będzie super, bo jesteś pełnoletnia, możesz wszystko, masz prawko, dowód, możesz kupić alkohol, a tak na prawdę nie możesz nic i nic się nie zmienia, czar pryska. Jeśli się obawiasz, że po 20 nagle ujrzysz zmarszczki, jakiś siwy włos i zaczniesz zachowywać się jak własna babcia- wiedz, że tak się nie stanie i poczujesz wielką ulgę. Wszystko zależy od Twoich oczekiwań, Twojego nastawienia, życia, charakteru, jeśli to jest ważne, koloru ścian w pokoju czy faktu, czy masz skarpetki do pary. Ale ja opowiem, jak do mnie dotarło to, że mam z przodu dwójkę, a na drugim miejscu zero.  

Zacznijmy od tego, że ciężko się przyzwyczaić do tego, że tych lat nie ma już naście. W końcu przez połowę mojego życia byłam właśnie nastolatką- zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Już nią nie jestem i nie wiem, czy powinno to wnieść jakieś zmiany w moje życie, powinnam stać się doroślejsza? Przecież- do jasnej konewki- mam 20 lat! To są dwie dekady. Wiecie ile razy co niektóre gwiazdy musiały się operować, by się nie postarzeć? Ja też nie wiem, ale na palcach bym się nie doliczyła. 

Jakieś 5 lat temu myślałam, że mając 20 lat będę dorosłą, dojrzałą, pewną siebie kobietą z ułożonym, zaplanowanym życiem. No... nieźle się pomyliłam. Owszem, studiuję. Zdarzyło mi się tu i tam pracować. Potrafię nawet gotować. Mogłabym wyliczać tu wiele rzeczy, które potrafię/umiem/lubię, ale nie w tym rzecz. 



Tego gorącego, lipcowego dnia usiadłam i spojrzałam na różne tabla, zdjęcia klasowe. Wiecie jak wiele dziewczyn ma już dzieci? Wyszło za mąż? Owszem, to nie jest wyznacznikiem dojrzałości, ale i tak działa na człowieka przytłaczająco. Automatycznie kolejnym celem staje się 30. Dom, dzieci, mąż... STOP. Czujecie w jakie napędzające się, paniczne koło wpadamy? Jeśli nie, to Wam szczerze zazdroszczę. 

Myślałam kiedyś, że w tym wieku będę znała wszystkie odpowiedzi. A tak na prawdę powstało w tej głowie tyle pytań, że czasami się zastanawiam, jak one się tam jeszcze mieszczą. Wiem tylko tyle, że nie wiem nic. 

I tak dochodzę do momentu, gdy na mojej twarzy pojawia się promyk nadziei- przecież nie jestem sama. Przecież w tym roku wiele osób skończy tych lat 20. Dorosłość jest czymś znacznie innym, niż sobie to wyobrażamy. To, że wszystkie zakazane rzeczy stają się nagle dozwolone, wcale nie jest fajną sprawą. Gdy zaczyna brakować w Twoim życiu drogowskazów i sam musisz decydować co jest dobre, a co złe, to przestaje być zabawną grą. Dorosłość jest czymś, czego jeszcze nie ogarniam. Jedną stopą w niej stoję, drugą... Nie wiem co robię drugą stopą, wywijam piruety w próżni albo tańczę poloneza. Nieważne co nią robię, ważne, że stawiam krok. Ważne, że się uśmiecham. I przestaję się martwić, bo żeby tą dorosłość ogarnąć mam jeszcze całe życie. I może sam fakt, że się nad nią zastanawiam, sprawia, że ta wywijająca piruety stopa również zaczyna robić pewny siebie krok.

Ahh... I bym zapomniała. Jaki piękny świat, jaki piękny świat, gdy się ma 20 lat.

Do następnego!


                                                                                               Wasza
                                                                                                      Karmelowa Blondynka


niedziela, 17 maja 2015

Wczesne wstawanie

Budzisz się. I nie jest to jeden z tych przyjemnych poranków, gdy słońce Ci lekko grzeje twarz i wyglądające spod kołdry stopy , obracasz się wygodnie z jednego boku na drugi i myślisz, czy może zaryzykować i otworzyć to oko... Oj nie... Z snu wyrywa Ciebie bezlitosny zwierz, który przez niektórych niedoświadczonych ludzi zwany jest... budzikiem.  W głowie masz jedno głośne ,,NIE", a punkt ciężkości całej ziemi skumulował się właśnie w twoim łóżku i ciągnie Ciebie niemiłosiernie z powrotem na łono miękkiej poduszki. Nie ma żadnej ucieczki- musisz wstawać, bo za pół godziny odjeżdża Twój pociąg.

Przyznajcie się, jak wiele z Was rozpoczyna tak właśnie dzień? Uświadomiłam sobie jak wiele osób dotyka ten ból, gdy zaczęłam dojeżdżać na uczelnie. Zdziwiłam się ruchem na ulicy o 6 rano i tym, jak pełny jest mój pociąg, a idąc ciemnymi i niekiedy zaśnieżonymi ulicami zauważyłam, że miasto tętni już życiem. Przyznam, było mi odrobinę lepiej, gdy zobaczyłam, że nie jestem sama.

Co jednak zrobić, by wczesne wstawanie było choć odrobinę przyjemniejsze? Może i zabawne jest, jak na uczelni w lustrze zauważasz, że bluzkę jednak założyłaś na odwrót, ale dopiero po czasie odkrywasz komizm w tej sytuacji.


Nie odkryję tutaj Ameryki, ale szukając cudownych sposobów zapominamy o tym najbardziej oczywistym i naturalnym- idź wcześniej spać. Wiadomo, będą dni, gdy będzie to niemożliwe, ale jeśli z własnej woli kładziesz się dopiero po 12, a wiesz, że będziesz wstawać o 4, to nie marudź, bo jak to się pięknie mówi, jak sobie pościelisz tak się wyśpisz.
I tak ładnie dochodzę do kolejnej rady- ściel łóżko. Będzie po prostu wygodniej. Im wygodniej, tym lepiej śpisz. Postarajmy się na chwilę zapomnieć, że z tego wygodnego łóżka będziesz musiała wstawać.




Kanapki na śniadanie i ubrania naszykuj sobie już wieczorem, zajmuje to wtedy o wiele mniej czasu niż rano, gdy ledwo co kontaktujesz.
I przede wszystkim- nie odwlekaj wstawania. Gdy budzik zadzwoni za 10 minut wcale nie będzie Ci łatwiej wstać, uwierz mi. Będzie tak samo ciężko, tylko będziesz się musiała bardziej śpieszyć i prawdopodobnie ucieknie Ci środek lokomocji, na który czekasz.
Gdy już uda Ci się stanąć na dwóch nogach i w miarę stabilnie postawić krok na przód, to skieruj się prosto do łazienki i opłucz twarz zimną wodą, uwierz mi, że pomoże Ci to.
A nawet, jeśli masz taki zły zwyczaj nie jeść rano śniadania, spróbuj chociaż napić się ciepłej herbaty. Nie możesz od Twojego organizmu oczekiwać, że zacznie nagle działaś na szybkich obrotach, jeśli nie dostarczasz mu żadnego paliwa.



Wiem, że wszystkie te rady nie zmienią godziny, o której wstajesz, ale sama jestem na etapie rozpracowania tego, jak wyciągnąć pozytywy z tej sytuacji. Jeden już odkryłam, choćbym była nieziemsko śpiąca, jedna myśl będzie taka sama- poranki są piękne. Zasnute mgłą, jeszcze nieśmiałym światłem i rześkim powietrzem. Takim pozytywnym akcentem żegnam się z Wami.

                                                         

                                                                     Do następnego!

                                                                                        Wasza śpiąca
                                                                                                   Karmelowa Blondynka

czwartek, 9 kwietnia 2015

Kwiat bzu


Siedzisz przy stole. Przez okno wpada ciepłe, majowe słońce i przyjemnie grzeje Twoją skórę. Firanka lekko powiewa w wietrze. Zamykasz oczy i czujesz intensywny, niemal odurzający zapach kwiatów bzu, których bukiet znajduje się przed Tobą. Otwierasz znów oczy i przenosisz wzrok na kwiat przed Tobą. Delikatnie palcem dotykasz malutkich kielichów zbitych obok siebie. Wyjmujesz jedną gałązkę, przykładasz do twarzy, wdychasz zapach, zamykasz oczy i marzysz...

fot.Kasia

  Nie wiem jak wiele z Was przeżyło już taką sytuację, ja jednak siedzę tak co roku o tej samej porze i podziwiam ten kwiat. To on mnie najmocniej inspiruje, wprawia w niezwykły nastrój. Jakby zawsze o tej samej porze wracały do mnie wszystkie wspomnienia świata i chciały mnie sobą napełnić, jak kielich, sprawić bym dojrzała jak owoc i mogła napisać coś sensownego, wyjątkowego. 

Jeśli więc ten kwiat mnie tak bardzo inspiruje, może przyjrzę mu się z bliska? Jeśli zdecyduję się tak postąpić, to jako pierwsze dowiem się, że nazwę bez używam zupełnie błędnie. W każdym katalogu kwiatów, sklepie ogrodniczym i jakiejkolwiek książce poświęconej roślinom, znajdę tenże krzak pod nazwą lilak pospolity. 


Chcąc nazwać tą roślinę po łacinie, musiałabym użyć wyrażenia Syringa Vulgaris. Nazwa ta wywodzi się z mitologii greckiej. Pasterze górscy już od wieków z gałązek lilaka strugali swoje piszczałki. A pierwszy taki instrument- syrinx- miał sporządzić kozłonogi bóg pasterzy- Pan. 

Do Europy to cudeńko trafiło w 902 roku naszej ery. Skąd przybył nasz ślicznie pachnący imigrant? A z Turcji moi drodzy. 

Udając się w drogę w poszukiwaniu tradycji, dochodzę do wniosku, że nie tylko mnie ten kwiat i jego zapach inspiruje. Znacie może bajkę Christiana Andersena Bzową Babuleńkę? Co prawda, mowa w niej o kwiecie dzikiego bzu, jednak gdy byłam mała, oczami wyobraźni widziałam kwiaty lilaka. Jeśli ta baśń nie jest Wam znana, to bzowa babuleńka wyrasta z imbryczka herbaty z dzikiego bzu i opowiada chłopczykowi, który się przeziębił bajki- tak w skrócie. Uwielbiam tą historyjkę, jak i większość bajek Andersena, a jako dziecko duża książka z jego opowiadaniami nie opuszczała mnie zbyt często.



Jako, że kwiat bzu jest nieodłącznym elementem maja- miesiąca zakochanych, to i zwyczaje z nim związane łączą się niejako z miłością. Dawniej panny przemywały twarz rosą strząśniętą z bzów, by latem zachwycać młodych paniczów urodą, a w jesień wkroczyć u boku tego jedynego. 

Idąc za korzeniami tejże rośliny-  w arabskiej tradycji jest to kwiat, który upodobały sobie aniołowie. Starożytni Grecy zaś uważali, że pobudza on muzykę w duszy. To akurat mogę doskonale zrozumieć.

Otwierasz znów oczy, w głowie nadal szumią Ci słowa, uczucia, wspomnienia. Zapach powoli słabnie i znów jesteś w stanie odbierać bodźce z zewnątrz. Czujesz lekki wiaterek i ciepłe majowe słońce na twarzy. Uśmiechasz się. Znów dałaś się wciągnąć, znów ten urok na Ciebie zadziałał. 

Niech Was nie dziwi, że piszę o tym już teraz. Po prostu nie mogę się doczekać tej pory roku. Tym samym żegnam się z Wami, do następnego!



                                                                                Wasza
                                                                                               Karmelowa Blondynka

niedziela, 22 marca 2015

Twój dom, to Ty


Witam bardzo serdecznie i zapraszam, żeby się odrobinę zadomowić. Rozsiąść się w wygodnym fotelu, napić ciepłej herbaty i posłuchać, albo chociaż udawać, że się słucha. 

Każdy z nas zna chyba tą sytuację. Budzimy się rano. Powoli do naszej świadomości dociera fakt, że nie śpimy, że dotyk pościeli, ciepło promieni słońca i dźwięk budzika nie są wytworem naszej wyobraźni, tylko realnymi doznaniami. A więc powoli i ostrożnie otwieramy oczy i co widzimy?


Niezależnie od tego, co, właśnie to często determinuje nasz nastrój na większość dnia. Najczęściej jest to ściana naprzeciwko lub sufit- i to one wprowadzają nas w dobry lub zły humor. Często, chociaż nie zawsze. Idziesz do łazienki, do kuchni, wyglądasz przez okno i to, co cię otacza, kieruje twój tok myślenia. Rzadko kiedy już z rana masz abstrakcyjne, wspaniałe, niosące innowacje myśli. Z reguły jest to coś w stylu: Pada, chyba mogłabym pościerać kurze, tylko mi się wydaje, czy to linoleum na podłodze jest jeszcze brzydsze niż zwykle? Rozumiecie, przestrzeń naszych myśli skupia się na najbliższym. Pewnie, nie zawsze rano mamy czas się rozejrzeć po pokoju, nie zawsze mamy czas spojrzeć chociaż w lustro i sprawdzić, czy bluzka nie jest założona na lewą stronę... Ale to, co nazywamy domem, ma ogromny wpływ na to, jak się czujemy.


Rolę, jaką w naszym życiu odgrywają te przysłowiowe cztery ściany, dość dobrze obrazuje, nazwijmy to zjawiskiem, jakie zaobserwowałam np. na YouTube. Wpisując w wyszukiwarkę hasło ,,my room tour" albo ,,mój pokój" jestem dosłownie atakowana masą filmów, w których ludzie z kamerą w ręce chodzą po kolejnych sekcjach pokoju czy mieszkania i opowiadają co skąd wzięli, jak to ustawili i dlaczego poukładali to tak, a nie inaczej. Fascynujące. Oczywiście, skoro jest taka masa tych filmów, musi być na nie zapotrzebowanie. Widocznie dość duża część naszego społeczeństwa jest zainteresowana tym, gdzie vlogerki trzymają skarpetki i bieliznę i czy mają je powpychane byle jak do szuflady, czy posortowane według kolorów. Oczywiście dość mocno przesadzam z tym opisem, ale widzicie, te osoby dzielą się czymś bardzo ważnym- swoją przestrzenią życiową.

kawałek mojej przestrzeni życiowej, dlaczego nie?




Pomijając fakt, że oglądające osoby często wzdychają z myślą Dlaczego to nie mój pokój?, to często zmieniają coś w swoim otoczeniu. Ustawiają inną lampkę w sypialni, świecznik w salonie czy sortują skarpetki według koloru, materiału i długości. Dlaczego? Chcą, by ich przestrzeń życiowa była ciekawsza, żywsza, przyjemniejsza, by inspirowała je tak samo, jak te vlogerki. Bo hej, skoro ona ma jakiś milion wyświetleń pod swoim filmem, to coś musi robić dobrze, no nie? Coś musi się jej udawać, Skoro jej tak dobrze idzie, to mi też może pójść.

To, jak mieszkamy, jest często wyrazem nas samych. Czy masz idealny porządek, czy sympatyczny chaos, twój dom tryska bielą i czystością czy jest miksem kolorów, wzorów i materiałów... To wszystko w pewien sposób obrazuje to, jaka jesteś. Jeśli wnętrze twojego mieszkania/domu/pokoju jest odzwierciedleniem Ciebie samej, to będziesz się tam czuła dobrze. Nie chciałabyś budząc się widzieć różowej ściany z plakatem Hello Kity, której fanką przestałaś być jakieś 10 lat temu albo obrazem obcałowanego Billa z Tokio Hotel za swoich młodzieńczych czasów. Czujesz klimat? 

Nawet sam kolor ścian ma wielkie znaczenie. Głupia świeczka, która stoi na stole, może Ci poprawić humor. To wszystko, to Ty. Twoje życie, twoja codzienność, twoje schronienie, dlatego warto, by było one wyjątkowe, by sprawiało, że czujesz się szczęśliwą osobą i dawało dobry początek dnia.

Tyle z moich dzisiejszych wywodów. Jeśli skończyła Ci się herbata, to mogę Ci jej jeszcze dolać, zaproponować domowe ciastko i możemy porozmawiać. A jeśli Ci się śpieszy dalej, 
to do następnego!

                                                                 Twoja
                                                                                                    Karmelowa Blondynka




piątek, 20 marca 2015

Przebudzenie


   Witam bardzo serdecznie na blogu, który już śpi.

   Chociaż nie do końca przypominam niedźwiedzia, powiem całkiem szczerze, zapadłam w sen zimowy.  Nie do końca przespałam te kilka miesięcy nieobecności (ale nawet nie wiecie jak wiele bym dała, by je przespać!). Mimo to, można było odnieść wrażenie, że zapadłam się pod powierzchnię ziemi i drzemię tam zadowolona z siebie i całej reszty świata. Nie do końca mi przykro, że stąd zniknęłam. Nie czuję się jak córka marnotrawna, która powraca na swoje miejsce.W końcu moje życie ma prawo toczyć się takimi torami, które nie zahaczają o przystanki tego bloga. Ma prawo. a nawet powinno, odbywać się głównie na platformie rzeczywistej, dopiero potem czasami przenosić się do rzeczywistości wirtualnej. Tak by było zdrowiej, nie sądzicie? Ale nawet, gdy jadę trasami odległymi, to myślami w końcu i tak tutaj wracam. 
   Nadszedł więc czas, by śpiąca królewna przebudziła się na dobre. Nawet, jeśli nie zawdzięczamy tego królewiczowi z bajki, to słońce również jest przyjemnym budzikiem. Nawet bardzo. O wiele lepiej wstaję o tej 4.50, gdy już chociaż świta. Gdy jest aby mała nadzieja, że za chwilę się rozjaśni, a ciemność nie będzie mnie namiętnie i gorąco kusić do snu. Chociaż wcale nie mówię, że dobrze mi się wstaje.Co to, to stanowczo nie. 
   Jednak nie odbiegajmy od tematu. Więc, co te przebudzenie niesie dla tejże stronki? Nowe pomysły, świeży powiew wiatru, regularność, opanowanie, zaangażowanie... Dobra, dobra... Nie będę już przesadzać z tą poetycznością i entuzjazmem, bo nikt mi nie uwierzy w takie bajki. Nie jestem Andersenem i opowiadanie ich nie idzie mi aż tak dobrze. Zatem co mogę Wam obiecać? W zamian za obecność u mnie, mogę Was zapewnić, że mam parę pomysłów, które nasycą zapotrzebowania tego blogu na najbliższy czas, jestem pozytywnie nastawiona i mam ochotę tą energią zarażać każdą osobę, która stwierdzi, że może tu zajrzeć. 
  Także tyle na dzisiaj. Nie będę dłużej pisała o niczym, chociaż jestem w tym naprawdę dobra, życzę miłego bytowania na tej planecie.
               Do następnego! 
                                                              
                                                                                          Wasza
                                                                                                            Karmelowa Blondynka