Witam serdecznie wszystkich tych, którzy zgubili się w otchłaniach Internetu i trafili w moje skromne progi.
Jestem dość pewna, że już raz wspominałam o tym, że jesień jest moją ulubioną porą roku. Uwielbiam jej kolory, klimat, chłodne i rześkie powietrze, mgliste poranki i długie wieczory. Istnieje jednak pewna sprawa, która wielu zniechęca do tejże pory. Oczywiście nietrudno się domyślić, co mam na myśli... Po długich, wspaniałych wakacjach wkraczamy w rzeczywistość szkolnych ławek, na uczelnie, a podczas pracy deszczowa pogoda przyprawia nas o depresyjny nastrój. Ale czy na pewno? Budzimy się i mamy kilka sekund, by ogarnąć siebie i świat wokoło i być gotowym do wyjścia.
Dla tych dziewcząt, które lubią posłużyć się przed wyjściem makijażem, jest to sprawą kłopotliwą, bo jak w krótkim czasie wyczarować na swojej twarzyczce czarujący make- up?
Oto, co ja z reguły czaruję na swojej twarzy, i wierzcie mi lub nie, nie zajmuje mi to więcej niż 10 minut.
Jako, że kolorem, który głównie kojarzy mi się z jesienią jest brąz, to on króluje na powiece. Na wymyślne kreski rankiem nie mamy czasu, a pośpiech nie pozwala na wykonanie precyzyjnych ruchów. Jeśli na oczach nie szalejemy, to usta pokrywamy kolorem, który doda (mojemu blademu) obliczu odrobinę barwy.
Ponadto, nie chcemy wyglądać jak tapetowana ściana, więc na dzień nie szalejemy. Moim zamierzonym efektem było wyglądać mimo
wszystko naturalnie.
Takim oto dyniowym akcentem kończę dzisiejszy post. Prosty w treści i budowie, ale hej, czy mówiąc o makijażu można zmienić świat? Zapewne tak, ale to niestety nie leży w zakresie moich możliwości.
Mam nadzieję, że chociaż komuś przydała się ta skromna porada. Do następnego!
Wasza
Karmelowa Blondynka