W czerwcu minionego roku miałam wspaniałą możliwość odbyć wyjazd studyjny do Brukseli. Trwał on pięć dni, jednak odliczając dni dojazdu autokarem, w samej Brukseli przebywałam trzy dni. Podróż rzeczywiście była męcząca, ale w stu procentach jestem pewna, że warto było.
Jednym z pierwszych moich wrażeń był widok z hotelu. Mieszkając w niewielkiej wiosce, nie jestem przyzwyczajona do tak wielkich i nowoczesnych budynków, jakie tam zastałam. Co jednak było ciekawe- przez okno widziałam drapacze chmur, mój hotel jednak mieścił się w ładnej kamieniczce. To rzuciło mi się tak wyjątkowo w oczy- nowoczesność z tradycją i kulturą się przemieszają. Nierzadko widziałam nowoczesne wieżowce, lśniące szklanymi oknami, naprzeciwko zabytkowych budowli, których widok zapiera dech w piersiach. Niekoniecznie się to musi podobać, taki misz masz... Mnie to jednak urzekło- pokazało jak można zabrać tradycję z sobą w przyszłość.

W większości ludzie tam mieszkający mówią po francusku- języku, w którym niestety potrafię się tylko przedstawić. Flamandzkiego języka nie usłyszałam- chociaż bardzo tego żałuję. Co mi najbardziej pozostaje w pamięci? Wieczorne spacery po mieście zalanym światłem zachodzącego słońca. Jedna wielka mieszanka kultur, tysiące przeróżnie wyglądających osób. Malownicza, miejscami jednak zanieczyszczona rzeka Senna. Ciekawe miejsca, klimatyczna knajpka, nieznana mi dotąd atmosfera. Na pewno był to wypad, którego nie pożałuję. Miałam także fantastyczną możliwość zwiedzenia Parlamentu Europejskiego, jak i wziąć udział w pewnym wykładzie o działaniu Unii Europejskiej. Myślę, że wiele z tego wyniosłam.
Ciekawą historyjkę jednak mogę opowiedzieć o jedzeniu. Zdarzyła mi się taka sytuacja, że jadłam obiad. W skład tego wchodziła między innymi surówka. Miałam w miseczce kukurydzę i marchewkę. Nie wiem jak to jest możliwe, ale oba te warzywa smakowały identycznie. Nie byłam w stanie wyczuć żadnej różnicy w smaku. Pomijając już fakt, że ani marchewka nie smakowała na marchewkę, ani kukurydza na kukurydzę. Szczerze, to nie wiem, czy po prostu tak źle trafiłam, czy taka jest reguła, ale myślę, że zapamiętam tą historyjkę na długo, zwyczajnie przez ten fakt, że jest dla mnie śmieszna.
Inną ciekawostką jest symbol miasta. Jest nim niejaki Manneken Pis. Tłumacząc sobie, możemy go nazwać siusiającym chłopce. Owszem, fakt ten mnie rozśmieszył. Byłam jednak pewna, że za tym stoi i jakaś wyjątkowo ciekawa legenda. Nie myliłam się w tym. Symbol ten ma podłoże w aż dwóch legendach. Obie tu przytoczę, bo wydaje mi się, że obie są ciekawe i w pewien sposób zabawne.
Pierwsza opowiada historyjkę syna królewskiego, który podczas polowania zaginął w lasach, które niegdyś otaczały miasto. Gdy już stracono wszelkie nadzieje na odnalezienie królewskiego potomka, odnalazł go leśniczy. Zguba była naga i załatwiała potrzebę fizjologiczną do rzeki.
Druga jest według mnie nieco ciekawsza. Akcja rozgrywa się w XIV- wiecznej, obleganej Brukseli. Najeźdźcy opracowali plan podłożenia pod mury miasta materiałów wybuchowych. Jednak pewien mały chłopiec o imieniu Juliaanske, odnalazł miejsce, w którym nastąpić miał wybuch. Dziesięć razy możecie zgadywać, w jaki sposób zgasił płonący już lont, skoro do historii przeszedł jako siusiający chłopiec.
Co mogę polecić? Belgijską czekoladę. W paczuszkach, w kształcie muszelek. Po prostu rozpływała mi się na ustach. Owszem, można zakupić ją także w u nas w Polsce w Kauflandzie, jednak różnice w smaku są niesamowite.
Inną zabawną historyjką jest fakt, że nie do końca dobrowolnie wzięłam udział w jakieś demonstracji. Dlaczego mówię jakieś? Bo do dzisiaj nie mam zielonego pojęcia w jakim celu ona była. Wiem tylko, że padało wiele petard. Dlaczego mówię, że nie do końca dobrowolnie? Bo moim zamiarem było przekroczenie ulicy. Jednak szła masa ludzi, więc myśląc, że moją drobną posturą się jakoś przepcham między masą, odczekałam, aż się nieco przerzedzi i niczym nurek w wodę wskoczyłam w tłum i próbowałam się przepchać na drugą stronę. Jednak nie udało mi się. Zostałam porwana prądem ludzi i zanim udało mi się wydostać na drugi brzeg, przebyłam już kilka metrów nie w tym kierunku, którym zamierzałam iść. Jestem przekonana, że moja krótka obecność ani nie zaszkodziła, ani nie pomogła demonstrantom. Była krótkim epizodem przez nikogo, oprócz mnie, niezauważonym.
Cóż ponadto mogę Wam poradzić? Drogie dziewczyny, niezależnie od tego, jak pięknie chcecie wyglądać, bądźcie bardziej inteligentne niż ja. Jeśli macie zamiar zwiedzać miasto i wiecie, że będziecie przebywać kilometry nogami, zachwycając się tym, co nieznane i właśnie odkrywane- ubierzcie płaskie buty. Nie miałam szpilek, buty wydawały mi się wygodne, ale żałowałam tego, że je ubrałam, jak dotąd jeszcze niczego.

Podsumowując, jeśli ktoś by mnie zapytał, czy uważam, że Bruksela jest miastem, które warto zwiedzić, jestem w stu procentach pewna, że odpowiedziałabym, że tak. Wydaje mi się, że przebywając w nieznanych miejscach, odkrywając pewne elementy ich kultury, języka, obyczajów, poszerzamy granice naszego poznania. Ponadto nasuwała mi się pewna myśl - granice naszego języka są granicami naszego świata. W momencie, gdy nie potrafimy czegoś nazwać słowami, przestaje ono w pewien sposób istnieć.
Oto kilka zdjęć, które dla mnie mają wartość wspomnień. Wam może przekażą chociaż cząstkę tego, co tam przeżyłam. Tym kończę ten nieco inny niż zawsze post, ale mam nadzieję, że tak samo ciekawy.
Do następnego!
Wasza
Karmelowa Blondynka











