środa, 26 lutego 2014

kręcone loczki 1

Witam bardzo serdecznie. Nie wiem jak Wy, ale ja wprost uwielbiam kręcone włosy. Wiele osób mówi mi, że gdybym takie posiadała, to bym przestała je tak ubóstwiać i może coś w tym faktycznie jest, że człowiek zawsze pragnie tego, czego mieć nie może. Matka natura bowiem stwierdziła, że nie da mi loczków, oj nie, tylko niezidentyfikowane fale, których nie można zaliczyć ani do włosów prostych- bo wywijają się w nieskoordynowany sposób, ani do kręconych, ponieważ odmawiają tworzenia w sposób nieprzymuszony uroczych sprężynek. A więc na wiele różnych sposobów staram się je sprowadzać do takiego, a nie innego stanu. Dzisiaj pierwszy post z tej serii- sposób najprostszy, najoczywistszy i zarazem bardzo skuteczny.
Załóżmy, że jest wieczór, przed spaniem umyłam włosy, owinęłam ręcznikiem, odczekałam, aż wyschną i rozczesałam. Pierw robię kucyk, następnie skręcam włosy i zawijam w taki oto twór.

Chodzę w tym tworze cały dzień albo śpię w tym tworze. Gdy rozpuszczam, utrwalę pianką lub lakierem mam coś takiego:


Wiem, że sposób dość banalny, ale mimo wszystko warty przypomnienia. Tutaj loki najluźniejsze, ale przyjdzie za niedługo czas na posty o sposobach na kręcone włoski o nieco innym kształcie.
 Do następnego!
                                                                                     Wasza
                                                                                                 Karmelowa Blondynka

czwartek, 20 lutego 2014

Wiosna

Jako, że wiosna jest tak wyczuwalna i namacalna, że mi aż serduszko szybciej uderza, to wybywam na łąki i niczym Zosia w Panu Tadeuszu zachwycam się słoneczkiem. A tak poważnie, to ubieram czerwoną sukienkę i mimo chłodu i tego, że marznę, wybieram się na sesję z przesympatyczną Kasią M. Co z tego wyszło przedstawiam Wam tutaj. Oczywiście zaznaczam, że do profesjonalnych prac mimo wszystko daleko temu. Nie jestem mistrzynią mimiki. Ale dla mnie jest to świetna zabawa. Lubię próbować wykreować na każdym zdjęciu nową wersję siebie.
 Nie wiem, czy już pisałam o tym, ale uwielbiam mocne kolory. Od razu po niebieskim umiejscawia się na podium czerwień. Nie do końca rozumiem tą modę na szarości. Idąc przez korytarz szkolny nie raz czuję się jakbym brała udział w jakimś czarno-białym filmie. Jest to nieco przygnębiające wrażenie. A kolorki przecież tak poprawiają humor. W momencie, kiedy świece kolorami wewnątrz aż cała promienieję. W pewien sposób dodają mi energii. Ale, ale... muszę się powstrzymać, bo się rozpędziłam i odbiegłam od tematu. Oto efekty ten sesji. Wiaterek dopisał.
                                                    Wiosennie pozdrawiam
                                                                                         Wasza
                                                                                                     Karmelowa Blondynka




 





  





niedziela, 16 lutego 2014

Jestem niebieskie oczko...




 
  Przyznam się Wam bez bicia, że mistrzem makijażu ja nie jestem. Zresztą widać to na zdjęciu. Mimo to, lubię czasami trochę pokombinować i namazać coś na mojej skromnej twarzyczce. Czymś, co mnie ostatnio urzekło, jest niebieska kreska na górnej powiece oka. Pomijając to, że uwielbiam wszystko, co niebieskie i mogłabym chodzić ubrana od stóp do głowy w ten kolor, to podoba mi się fakt, że wygląda to tak inaczej. Może przez to, że jestem blondynką i ta barwa odpowiada mojemu typowi urody, bardzo mi się podoba jak taki twór wygląda na moim oczku. Jak widać, mistrzynią kreski też nie jestem, ale pracuję nad nią. A wiadomo, trening czyni mistrza. Idzie wiosna, więc trochę koloru na twarzy przyda się chyba nie tylko mi.
Istotnym faktem jest też to, że zaczęły się ferie, więc mam minimalnie więcej czasu na tego typu odstresowujące zajęcia jak kolorowanie twarzyczki swojej i nie tylko. Wiadomo, jako takie przyjemne przerywniki w przypominaniu sobie całej masy wiedzy, która gdzieś zginęła w mojej główce. Matura za niecałe trzy miesiące. Jak ja się już na nią cieszę ...
                              Dzisiaj króciutko, ale konkretnie.
                                                                                     Wasza
                                                                                                        Karmelowa Blondynka

środa, 12 lutego 2014

I love Brussels



     W czerwcu minionego roku miałam wspaniałą możliwość odbyć wyjazd studyjny do Brukseli. Trwał on pięć dni, jednak odliczając dni dojazdu autokarem, w samej Brukseli przebywałam trzy dni. Podróż  rzeczywiście była męcząca, ale w stu procentach jestem pewna, że warto było.


  Jednym z pierwszych moich wrażeń był widok z hotelu. Mieszkając w niewielkiej wiosce, nie jestem przyzwyczajona do tak wielkich i nowoczesnych budynków, jakie tam zastałam. Co jednak było ciekawe- przez okno widziałam drapacze chmur, mój hotel jednak mieścił się w ładnej kamieniczce. To rzuciło mi się tak wyjątkowo w oczy- nowoczesność z tradycją i kulturą się przemieszają. Nierzadko widziałam nowoczesne wieżowce, lśniące szklanymi oknami, naprzeciwko zabytkowych budowli, których widok zapiera dech w piersiach. Niekoniecznie się to musi podobać, taki misz masz... Mnie to jednak urzekło- pokazało jak można zabrać tradycję z sobą w przyszłość.
 



W większości ludzie tam mieszkający mówią po francusku- języku, w którym niestety potrafię się tylko przedstawić. Flamandzkiego języka nie usłyszałam- chociaż bardzo tego żałuję. Co mi najbardziej pozostaje w pamięci? Wieczorne spacery po mieście zalanym światłem zachodzącego słońca. Jedna wielka mieszanka kultur, tysiące przeróżnie wyglądających osób. Malownicza, miejscami jednak zanieczyszczona rzeka Senna. Ciekawe miejsca, klimatyczna knajpka, nieznana mi dotąd atmosfera. Na pewno był to wypad, którego nie pożałuję. Miałam także fantastyczną możliwość zwiedzenia Parlamentu Europejskiego, jak i wziąć udział w pewnym wykładzie o działaniu Unii Europejskiej. Myślę, że wiele z tego wyniosłam.


 Ciekawą historyjkę jednak mogę opowiedzieć o jedzeniu. Zdarzyła mi się taka sytuacja, że jadłam obiad. W skład tego wchodziła między innymi surówka. Miałam w miseczce kukurydzę i marchewkę. Nie wiem jak to jest możliwe, ale oba te warzywa smakowały identycznie. Nie byłam w stanie wyczuć żadnej różnicy w smaku. Pomijając już fakt, że ani marchewka nie smakowała na marchewkę, ani kukurydza na kukurydzę. Szczerze, to nie wiem, czy po prostu tak źle trafiłam, czy taka jest reguła, ale myślę, że zapamiętam tą historyjkę na długo, zwyczajnie przez ten fakt, że jest dla mnie śmieszna.
 Inną ciekawostką jest symbol miasta. Jest nim niejaki Manneken Pis. Tłumacząc sobie, możemy go nazwać siusiającym chłopce. Owszem, fakt ten mnie rozśmieszył. Byłam jednak pewna, że za tym stoi i jakaś wyjątkowo ciekawa legenda. Nie myliłam się w tym. Symbol ten ma podłoże w aż dwóch legendach. Obie tu przytoczę, bo wydaje mi się, że obie są ciekawe i w pewien sposób zabawne.

  Pierwsza opowiada historyjkę syna królewskiego, który podczas polowania zaginął w lasach, które niegdyś otaczały miasto. Gdy już stracono wszelkie nadzieje na odnalezienie królewskiego potomka, odnalazł go leśniczy. Zguba była naga i załatwiała potrzebę fizjologiczną do rzeki.

  Druga jest według mnie nieco ciekawsza. Akcja rozgrywa się w XIV- wiecznej, obleganej Brukseli. Najeźdźcy opracowali plan podłożenia pod mury miasta materiałów wybuchowych. Jednak pewien mały chłopiec o imieniu Juliaanske, odnalazł miejsce, w którym nastąpić miał wybuch. Dziesięć razy możecie zgadywać, w jaki sposób zgasił płonący już lont, skoro do historii przeszedł jako siusiający chłopiec.
 Co mogę polecić? Belgijską czekoladę. W paczuszkach, w kształcie muszelek. Po prostu rozpływała mi się na ustach. Owszem, można zakupić ją także w u nas w Polsce w Kauflandzie, jednak różnice w smaku są niesamowite.

  Inną zabawną historyjką jest fakt, że nie do końca dobrowolnie wzięłam udział w jakieś demonstracji. Dlaczego mówię jakieś? Bo do dzisiaj nie mam zielonego pojęcia w jakim celu ona była. Wiem tylko, że padało wiele petard. Dlaczego mówię, że nie do końca dobrowolnie? Bo moim zamiarem było przekroczenie ulicy. Jednak szła masa ludzi, więc myśląc, że moją drobną posturą się jakoś przepcham między masą, odczekałam, aż się nieco przerzedzi i niczym nurek w wodę wskoczyłam w tłum i próbowałam się przepchać na drugą stronę. Jednak nie udało mi się. Zostałam porwana prądem ludzi i zanim udało mi się wydostać na drugi brzeg, przebyłam już kilka metrów nie w tym kierunku, którym zamierzałam iść. Jestem przekonana, że moja krótka obecność ani nie zaszkodziła, ani nie pomogła demonstrantom. Była krótkim epizodem przez nikogo, oprócz mnie, niezauważonym.

Cóż ponadto mogę Wam poradzić? Drogie dziewczyny, niezależnie od tego, jak pięknie chcecie wyglądać, bądźcie bardziej inteligentne niż ja. Jeśli macie zamiar zwiedzać miasto i wiecie, że będziecie przebywać kilometry nogami, zachwycając się tym, co nieznane i właśnie odkrywane- ubierzcie płaskie buty. Nie miałam szpilek, buty wydawały mi się wygodne, ale żałowałam tego, że je ubrałam, jak dotąd jeszcze niczego.
Podsumowując, jeśli ktoś by mnie zapytał, czy uważam, że Bruksela jest miastem, które warto zwiedzić, jestem w stu procentach pewna, że odpowiedziałabym, że tak. Wydaje mi się, że przebywając w nieznanych miejscach, odkrywając pewne elementy ich kultury, języka, obyczajów, poszerzamy granice naszego poznania. Ponadto nasuwała mi się pewna myśl - granice naszego języka są granicami naszego świata. W momencie, gdy nie potrafimy czegoś nazwać słowami, przestaje ono w pewien sposób istnieć.  


 Oto kilka zdjęć, które dla mnie mają wartość wspomnień. Wam może przekażą chociaż cząstkę tego, co tam przeżyłam. Tym kończę ten nieco inny niż zawsze post, ale mam nadzieję, że tak samo ciekawy.
    Do następnego!
                       Wasza
                                                                Karmelowa Blondynka



















    
   











niedziela, 9 lutego 2014

Studniówka



 
Niestety jestem już PO tym wyjątkowym balu, który zdarza się raz w życiu. W moim przypadku miał on miejsce 25 stycznia. Niezależnie od czasu, który minął, wspomnienia są nadal na szczęście żywe i nader pozytywne. Mogę Wam powiedzieć z mojej strony tyle, że rzeczywiście atmosfera towarzysząca studniówce jest niesamowita i wyjątkowa, przesiąknięta poczuciem przemijającej chwili. Ale nie takiej zwykłej, oj nie... Tej wyjątkowej. Czułam się, jakby przez cały wieczór czas się zatrzymał i szalałam, mając świadomość, że od jutra dużo się zmieni.
Co do mojego ubioru, fryzury i makijażu... Kierowałam się jedną jedyną zasadą- żeby nie przesadzić. Jako, że miałam zieloną sukienkę, to nie chciałam wyglądać jak obwieszona choinka bożonarodzeniowa, której nikt nie powiedział, że już jest po świętach. Myślę, że ten cel osiągnęłam.
Następnie, chciałam mieć sukienkę prostą, ale elegancką. Dlaczego? Bo marzyła mi się burza loków. Gdybym miała strojną sukienkę, to fryzura, makijaż, buty, wszystko musiałoby być mocno stonowane, żeby stosować się do mojej głównej zasady.
Mówiąc o sukience... Miałam jedno jedyne postanowienie- nie chciałam ubierać czarnej sukienki. Nie lubię tego braku koloru na sobie. Uwielbiam być barwna. Jako, że karnację mam jasną, to co najmniej sukienka miała być żywa. Najważniejsze, że czułam się z tym, jak wyglądałam dobrze. Może i przypominałam trochę lalkę, ale taka już moja uroda.
Co Wam mogę poradzić? Nie kierować się obsesyjnie tym, co modne, tylko tym, co Wam się podoba i w czym czujecie się dobrze. Jeśli podoba się Wam długa sukienka, śmiało, ubierajcie ją i nie przejmujcie się faktem, że większość dziewczyn będzie mieć krótką. To samo działa w drugą stronę. Moda przemija, a styl pozostaje.

Teraz niestety mam już pełną świadomość tego, że matura jest tuż za rogiem. Ale to nic, w końcu w tej główce jest trochę oleju, więc przy odpowiedniej dyscyplinie wszystko ułoży się tak, jak bym tego chciała.
                                                                  Do następnego
                                                                                         Wasza
                                                                                                   Karmelowa Blondynka